środa, 27 kwietnia 2016

Rozdział 4.

-

- Are you an idiot?!
-No, sir. I'm a dreamer.
     
      Po krótkim i niezwykle żenującym pożegnaniu z moją mamą wreszcie ruszyliśmy w drogę. Nie byłam wielką fanką długich podróży samochodowych, szczególnie w tak upalne dni jak ten, więc lekko naburmuszona siedziałam na tylnym siedzeniu i z całych sił próbowałam zasnąć. Myślałam, że lepiej mi to pójdzie szczególnie, że prawie całą zeszłą noc przegadałam z Dianą. Nigdy wcześniej niczym się tak nie ekscytowała. A że z natury jest osobą, która zaraża wszystkich wokoło swoim nastrojem, sama zasypiałam nad ranem z uśmiechem na twarzy i wizją gorącego romansu nad jeziorem.
    Cały ten entuzjazm znikł w momencie odezwania się mojego budzika. Niall uparł się, żeby wyruszyć w drogę wczesnym rankiem, by dotrzeć na miejsce zanim zrobi się ciemno. Więc, po przespanych 4 godzinach, z małą pomocą Diany, udało mi się wyjść z łóżka.
     Przyjaciółka wcale nie miała u mnie nocować. Przyszła do mnie późnym wieczorem, sprawdzić, czy aby na pewno "dobrze" się spakowałam. Po przeanalizowaniu i zmienieniu połowy zawartości mojej torby, względnie uspokojona Diana, pożyczyła mój telefon, by zadzwonić do Nialla. I właśnie wtedy dostałam tę wiadomość. A właściwie to nie tylko jedną...
    Pisał Max. Zerwał wszelki kontakt z  Harriet. Wyznawał miłość, przepraszał, błagał o wybaczenie. Zaklinał się na wszystko, co święte, że niczego bardziej nie żałuje tak, jak tego jednorazowego wyskoku. Prosił o spotkanie, by móc mi wszystko spokojnie wytłumaczyć.
    Nie zrozumcie mnie źle. Byliśmy razem naprawdę długo, a ja go kochałam. I nie jestem wcale pewna, czy mogę o tym mówić w czasie przeszłym. W każdym razie jeszcze nie.
    Jakby tego było mało, złożyliśmy papiery na ten sam uniwersytet. Nie da się tak po prostu odciąć od części twojego życia.
    Dlatego byłam skora zgodzić się na spotkanie.
    I w tym momencie do akcji wkracza moja niezawodna przyjaciółka. Jako, że to ona miała w dłoni mój telefon, nie mogłam nic mu odpisać. Diana nie chciała mi go oddać, twierdząc, że jestem w niezwykle zaawansowanym stadium choroby zwanej brakiem mózgu. Próbowałam go jej zabrać, ale ona w między czasie zdążyła wykasować wszystkie wiadomości, a przy okazji jeszcze numer Maxa.
   Trochę się pokłóciłyśmy. No dobra, pokłóciłyśmy się bardzo, ale koniec końców jej argumenty do mnie dotarły. Może to i lepiej, że usunęła jego numer, bo nie wiem jak długo potrafiłabym opierać się pokusie zadzwonienia do niego...
    - Can't be sleeping. Keep on waking. Without this women next to me.
- Diana, na litość Boską! Prawie zasnęłam! Możesz się zamknąć?!
- Ale ja kocham tę piosenkę. - Naprawdę już zasypiałam, ale moja ukochana przyjaciółka musiała mi przeszkodzić w niezwykle subtelny sposób - wydzierając się na całe gardło.
- A teraz najlepszy moment. So blame it on the night. Don't blame it on me. Don't blame it on me! 
- Przysięgam, że cię kiedyś zabiję...
- Oj nie bądź taka sztywna. Wiem, że też ją lubisz. - Diana próbowała mnie przekonać, bym zaczęła śpiewać z nią.
   Może i miała rację, a ja jeszcze tydzień temu bez jej zachęcania próbowałabym ją przekrzyczeć, ale teraz nie miałam na to nastroju. Musiała zobaczyć, że coś jest ze mną nie tak, bo nie dała za wygraną.
   - Jak nie przestaniesz mieć miny "cały świat się na mnie uwziął" to zostawię cie na tym pustkowiu. - Pokazała ręką za okno, akurat w momencie, gdy Niall wyprzedzał inne auto. I tak się złożyło, że to inne auto prowadził chłopak mniej więcej w naszym wieku.
- So blame it on the night! O cholera! - Diana widocznie zapomniała, że ma opuszczoną szybę. Chłopak już wcześniej rozbawiony tylko jej pomachał i puścił do niej oczko. A ona schowała głowę miedzy kolana nie wystarczająco szybko, by ukryć czerwień, która oblała całą jej twarz.
- Na pewno jest pod wrażeniem twoich umiejętności wokalnych. - Wybuchnęłam śmiechem.
- Ale słodki był, nie? - odpowiedziała.
- Ej. Ja to wszystko słyszę - wtrącił się Niall. - I chyba ktoś inny zostanie porzucony na tym pustkowiu.
- Ja bym tego nie robiła. Wnioskując z miny tego kolesia, Diana miałaby podwózkę. - Wkurzanie go to jedno z moich ulubionych zajęć.
   Blondyn posłał mi gniewne spojrzenie.
- Ale oczywiście, by z tego nie skorzystała, bo tak bardzo cię kocha - dokończyłam.
- Nawet nie zdaję sobie sprawy, w co się pakuję - Chłopak przeniósł wzrok znów na drogę przed nami i chociaż z całych sił próbował zabrzmieć poważnie i tak nie udało mu się ukryć uśmiechu. - Diana, możemy ją tu zostawić?
    Byłam gotowa mu odpysknąć, gdy z radia poleciały pierwsze nuty piosenki i obie z Dianą zaczęłyśmy piszczeć.
- Nasza piosenka! Kate, pamiętasz?
- No chyba żartujesz? Pewnie, że tak! To razem!
     I know you're tired of loving, of loving with nobody to love. Nobody, nobody! Just grab somebody, no leaving this party with nobody to love. Nobody, nobody!
   Darłyśmy się jak głupie, dopóki piosenka się nie skończyła.
- Szkoda, że to radio i nie możemy puścić od początku - skwitowała Diana. 
- Boże uchowaj! A teraz stajemy, bo nie mogę już z wami wytrzymać - zadecydował Niall. I mimo swoich wcześniejszych zapewnień, że nie zrobi postoju wcześniej niż o pierwszej po południu, zatrzymał auto na najbliższej stacji benzynowej.
~ ~ ~ ~
  - Kate! Wstawaj! - Diana potrząsnęła moim ramieniem. - Jesteśmy na miejscu - powiedziała i wskazała ręką za okno.
    Musiałam zasnąć zaraz po tym, jak ruszyliśmy spod stacji benzynowej. Przespałam się trochę i przyznaję, że dobrze mi to zrobiło. 
    Przetarłam oczy, rozciągnęłam się i rozejrzałam wokoło. Moim oczom ukazał się parking w środku lasu, na którym stało kilka samochodów. Muszę przyznać, że troszkę się zawiodłam. Oczekiwałam widoku zapierającego dech w piersiach, a zobaczyłam zwykły parking, jakich wiele na obrzeżach naszego miasta. 
- No i gdzie to jezioro? - zapytałam wysiadając z auta. Od razu uderzyło we mnie chłodne powietrze przesączone zapachem sosnowych igieł, żywicy i przesiąkniętej wilgocią ściółki leśnej.  
- Cierpliwości. Nie wszystko naraz. Na plażę nie można wjeżdżać autem - odezwał się ktoś za moimi plecami. Natychmiast się odwróciłam. 
- Nazywam się Woods, William Woods. Jestem właścicielem tego dobytku. - Mężczyzna w średnim wieku przedstawił się i podał rękę Niallowi. - A pan to zapewne Horan? - Chłopak pokiwał głową i uścisnął jego dłoń. - Oczekiwałem was. Wasz domek jest gotowy. Możecie się wprowadzać. Samochód zostawcie tutaj. Parking jest strzeżony, więc bez obaw. Potrzebujecie pomocy przy bagażach? 
- Nie, dziękujemy. Nie ma tego, aż tyle - odpowiedział Niall. 
- Wspaniale. Możemy więc ruszać. Zaprowadzę was do waszej kwatery. - Pan Woods posłał nam promienny uśmiech. Wydawał się bardzo miłą osobą, w każdej chwili gotową pomóc, ale równocześnie z jego postawy emanowała stanowczość i coś, co mówiło, że nie warto z nim zaczynać. Bardzo mi kogoś przypominał, ale w tamtej chwili za żadne skarby nie mogłam skojarzyć kogo.
   Właściciel wyprowadził nas z parkingu i prowadził krętą ścieżką głębiej w las. Wiatr się wzmógł, więc domyśliłam się, że zbliżamy się do wody. 
  Po krótkiej chwili marszu, ścieżka zwęziła się i zaczęła się piąć lekko w górę. Po obu stronach mijaliśmy przyczepy kempingowe i namioty. Wokół nich biegały dzieci bawiąc się piłkami, gdzieniegdzie ludzie rozpalili grille, a ja modliłam się w duchu, żeby nasz domek był z dala od tego przedszkola. Pan Woods musiał zauważyć mój wyraz twarzy, bo odezwał się: 
- Nie martwcie się. Ta część mojego ośrodka jest przeznaczona dla rodzin z dziećmi. Kawałek stąd do plaży, wiec łatwiej upilnować berbeci. Wasz domek położony nad samym jeziorem. I wybraliście odpowiedni termin. - Uśmiechnął się i puścił do mnie oczko. - Obecnie goszczę u siebie tylko dwie grupy wczasowiczów i tak się składa, że chyba wszyscy jesteście w podobnym wieku. Tak się składa, że dziś wieczorem organizują ognisko. Wiem, bo pytali się mnie o pozwolenie na jego rozpalenie. Oczywiście można to robić tylko w specjalnie przeznaczonym do tego miejscu z dala od lasu. Myślę, że nie będą mieli nic przeciwko, jeśli się przyłączycie. 
  Przytakiwaliśmy mu, lecz żadne z nas nic nie mówiło. Podczas, gdy pan Woods opowiadał o zasadach panujących w tym miejscu, podziwialiśmy okolicę. Nigdy nie myślałam, że łono natury może podobać mi się, aż tak bardzo. Z każdej strony otaczały nas majestatyczne, wysokie na kilka metrów świerki. Zdawało mi się, że jesteśmy odcięci od świata, od cywilizacji. W tym miejscu nic nie miało znaczenia. Wydarzenia z ostatniego tygodnia wyblakły. Ostaniami rzeczami, o których mogłam myśleć były studia, zakończenie liceum, czy egzaminy końcowe.  Teraz liczyło się tylko lato i czas, który miałam spędzić w tym magicznym miejscu. 
  - No to jesteśmy. - Pan Woods wskazał ręką na  oddalony od nas o kilka metrów drewniany domek ze spiczastym dachem. Był naprawdę uroczy i nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć jak wygląda w środku. - Ale zanim wejdziecie musimy iść do mojego biura, podpisać umowę wynajmu. Przy okazji pokażę wam jeszcze parę rzeczy. 
   Moja ekscytacji rosła z każdą chwilą, szczególnie, że od momentu, gdy weszliśmy na polanę z domkami po naszej prawej stronie można było dostrzec jezioro. Wiedziałam już, że z okien naszego domku będzie je doskonale widać.
- Tutaj jest moje biuro i równocześnie miejsce zamieszkania - zaśmiał się pan Woods, gdy stanęliśmy przed największym i równocześnie najpiękniejszym z domków. W tym momencie zaczęłam zastanawiać się, ile dokładnie płacimy za wynajem naszego domku, który przy tym wyglądał jak zwykła szopa. 
   Weszliśmy do środka i  od razu skręcaliśmy w lewo do pomieszczenia, na którego drzwiach wisiała drewniana tabliczka z napisem "Dyrektor Woods".  
- Siadajcie. Niall podpisz tę umowę tutaj, i tutaj. - Właściciel wskazał chłopakowi dwie kartki. - To mój gabinet. Gdybyście z drzwi wejściowych skierowali się prosto, znajdziecie stołówkę, po prawo zaś znajduje się świetlica z telewizorem, kilkoma komputerami z dostępem do internetu i telefon. Muszę przyznać, że zasięg tutaj jest niezbyt dobry, więc ilekroć będziecie musieli wykonać jakiś telefon , nie krępujcie się i przychodźcie do mnie. Piętro, to mój prywatny dom i jest to cześć obozu niedostępna dla wczasowiczów. Ale na dole znajduje się wszystko czego możecie potrzebować. No dobrze. Umowa gotowa? - Zerknął na papiery, podane mu przez Nialla. - Zatem witam w moich skromnych progach. Wasze klucze. - Podał chłopakowi wielki, mosiężny klucz z przywieszką w kształcie szyszki i dziewiątki. - Traficie stąd z powrotem? Odprowadziłbym was, ale przyznaję, że mam jeszcze dużo do zrobienia...
- Tak. Wrócimy bez problemu - odparła Diana. - Dziękujemy panu za wszystko. 
- Mówcie mi Will. I nie ma za co. - Odprowadził nas do drzwi. - Pamiętajcie, że w razie jakichkolwiek problemów zgłaszajcie się do mnie, a na pewno wam pomogę.
- Jeszce raz dziękujemy. Do zobaczenia. - Pomachałam mężczyźnie, który jeszcze przez chwilę stał na ganku i odprowadzał nas wzrokiem.
~ ~ ~ ~    
- Jesteś pewny, że to ten domek? - Diana spoglądała na Nialla pytającym wzrokiem.
- Tak. Popatrz, to numer 9. Jak przy kluczach. - Wskazał ręką na drewniany numer wiszący nad drzwiami. Zaraz obok niego znajdowała się podkowa.
- Zaraz się przekonamy. - Diana włożyła klucz w dziurkę i przekręciła go. Zamek zatrzeszczał głośno. Dziewczyna nacisnęła na klamkę i otworzyła drzwi. 
   Wnętrze domku przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Zachodnie okna wychodziły na jezioro, wschodnie zaś na las. Wszystko we wnętrzu było drewniane i wyjątkowo zadbane. Mieliśmy swoją kuchnię, łazienkę i salon z ogromną kanapą. Nie było tam wprawdzie telewizora, ale w rogu pokoju stało radio i to nam w zupełności wystarczy. Diana z jękiem rzuciła się na łóżko, a moją uwagę przykuło coś innego. Piękne drewniane, zdobione schody, które wiły się w odległym rogu pokoju. 
- Diana, patrz. Tu jest jeszcze jedno piętro! - krzyknęłam zachwycona i natychmiast rzuciłam się w stronę schodów. Przyjaciółka nie zdążyła się nawet podnieść, gdy ja dochodziłam już na górę.  
   Kolejne piętro okazało się pokoikiem na poddaszu. Od razu wiedziałam, że go zajmuję. Pokój ten był dużo mniejszy niż salon na dole. Miał dwa okna. Pod jednym, tym z widokiem na jezioro, zamiast parapetu, znajdowała się mała ławeczka z materacem, grubym kocem i poduchami. Zawsze chciałam mieć coś takiego u siebie w domu.
   W drugim końcu pokoju stało jednoosobowe łóżko, lampa i szafa. Na drewnianej podłodze przed łóżkiem leżał puchaty, brązowy dywan. Zakochałam się w tym pomieszczeniu i bez względu na wszystko, pozostanie moje.  
- Zaklepane! - powiedziałam, gdy tylko zobaczyłam obok siebie Dianę. 
- I po co ja się kładłam na dole? - wymruczała. - A może, żeby było sprawiedliwe, rzucimy o ten pokój los? 
- Nie ma mowy! - Stałam przy swoim. - Po pierwsze, nie łam prawa zaklepania! Po drugie, ty masz na dole łazienkę, po trzecie jest bardzo malutki... - Kończyły mi się argumenty.  
- Po czwarte na dole jest wielkie łóżku... - Wtrącił się Niall, który przed sekundą wniósł moje torby na górę. - Diana, myślę, że możesz jej oddać ten pokój... 
- A ja gdzie będę spała? - naburmuszyła się. 
- Na dole. Ze mną...  
- Ok! Idźcie już sobie, bo nie chce zarzygać mojego nowo wygranego pokoju! - przerwałam mu zanim zrobiło się jeszcze niezręczniej. 
- No dobra. - Diana udawała, że jeszcze jej nie przeszło. - To ja zajmuje łóżko, a ty materac i podłogę. - Roześmiana rzuciła w stronę zaskoczonego chłopaka. - A ty szykuj się do wyjścia! Czeka na nas ognisko! - powiedziała tym razem do mnie schodząc po schodach do salonu.
 







wtorek, 1 marca 2016

Rozdział 3.


   Thank you for making me laugh when I'd almost forgotten how to.

  - Mamo! Czy ty słyszysz co ja do ciebie mówię?! - krzyknęłam zdenerwowana brakiem jakiegokolwiek odzewu ze strony mojej rodzicielki.
- Wyjeżdżamy już w poniedziałek...
- Yhm - mruknęła nie podnosząc wzroku znad pracy, którą właśnie czytała.
- Rodzice Diany z nami nie jadą. - Przytaknęła tylko głową.
- Potrzebuję trochę pieniędzy...
- Tak, tak, kochanie.
- Czyli mogę liczyć na ekstra kieszonkowe? - Nie podniosła oczu znad ekranu komputera.
-Mamo? - I nic.
- Mamo!- Jakim cudem zdołała aż tak się wyłączyć? Wiem, że pracuje i nie powinnam jej przeszkadzać, ale wyjazd zbliża się wielkimi krokami, a ona nie raczy nawet na mnie spojrzeć...
- Jestem w ciąży z nauczycielem od wfu i uciekam z nim do Kalifornii.
- Yhm...
Wiedziałam że w tym momencie nic nie ugram, więc po prostu wyszłam z jej biura. Skierowałam się na górę. Rzuciłam się na łóżko w moim pokoju i sięgnęłam po telefon.
5 nieodebranych połączeń od Diany... Ups. Zrobi mi awanturę...
Wolałam do niej oddzwonić, zanim naprawdę wpadnie w szał.
Odebrała już po pierwszym sygnale.
- Ty jesteś jakaś nienormalna?! Ile można do ciebie dzwonić?! Po co ci w ogóle ta twoja wypasiona komóreczka, jak nie da się nawet z tobą skontaktować?! - wyrzucała z sb zdania z prędkością światła. Wolałam jej nie przerywać.
- Idiotka- zakończyła swoją wypowiedź. - Jesteś już spakowana? - zapytała rozpromienionym głosem. Tak, bardzo szybko jej przechodzi.
- Tak, właśnie próbuję domknąć walizkę... - powiedziałam i rozejrzałam się po pokju, próbując przypomnieć sobie gdzie moja torba podróżna może być.
- Nie umiesz kłamać, wiesz? Nawet nie znalazłaś torby... A tak w ogóle to leżąc na łóżku będzie trudno...
- Skąd ty... - Poderwałam się do góry.
- Znamy się już za długo, a poza tym to właśnie się wydałaś - zaśmiała się w słuchawkę.
- Bardzo śmieszne pani wszystko wiedząca chodząca encyklopedia - odgryzłam się.
- A tak w ogóle to złaź na dół i otwórz mi drzwi.
- Że co? - odpowiedziałam, ale Diana już tego nie usłyszała, bo zdążyła się rozłączyć.
Zastanawiałam się, czy to było na serio, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi - najpierw przeciągły, a potem kilka razy krótki, co oznaczało zniecierpliwienie dzwoniącego.
Zbiegając po schodach usłyszałam mamę mówiącą bym w końcu sprawdziła kto to.
Diana nie czekała na zaproszenie, wyminęła mnie w drzwiach i od razu ruszyła do mojego pokoju.
- Proszę bardzo, wchodź nie krępuj się.
- Po tylu latach darowałabyś sobie te uprzejmości. - Chyba nie wyczuła mojego sarkazmu.
- Wychodzisz tak? - Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, a jej grymas sprawił, że zrobiłam to samo. Stare dresy i rozciągnięty podkoszulek... No nie jest zbyt dobrze...
- Nie podoba ci się? Jest sobota, nie zamierzam się dla ciebie stroić, ani nigdzie wychodzić.
- Wyjeżdżamy pojutrze...
- No i co? - Dalej nie rozumiałam, o co jej chodzi.
- Przede mną nie musisz udawać głupka...
Posłałam jej wrogie spojrzenie.
- Przecież wiem, że nie masz nawet stroju kąpielowego... Więc idziemy na zakupy. - Przeciągnęła ostatni wyraz.
Nie to, że nie lubię zakupów, ale jeśli nie masz kasy...
- Diana, nie mam ochoty na żadne wyjście, a poza tym to ostatnie kieszonkowe wydałam na pizze w tamtym tygodniu.
- To jest akurat najmniejszy problem. - Jej uśmiech mówił, że coś już wymyśliła. - Idź się przebierz, a ja zaraz do ciebie przyjdę.
- Ale... - Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Diana popchnęła mnie w stronę schodów. Chcąc nie chcąc musiałam jej ulec.
Otworzyłam szafę w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym na siebie włożyć. Dziś znów słońce nie robiło sobie przerwy i temperatura przekraczała 30°C. Diana miała na sobie zwiewną sukienkę w kwiatki, ale ja nie jestem tego typu dziewczyną. Wybrałam krótkie jeansowe spodenki i białą bluzkę na ramiączka. Na nogi założyłam moje ulubione czarne vansy. Diana weszła do mojego pokoju gdy akurat wiązałam drugiego buta.
- Gotowe - zaświergotała. Zanim zdążyłam zapytać, w drzwiach pojawiła się moja mama.
- Katie skarbie, czemu sama nie przyszłaś? Oczywiście, że dostaniesz ode mnie trochę pieniędzy. Diana zapewniła mnie, że nie będziecie szaleć. - Posłała mojej przyjaciółce szeroki uśmiech. Wspominałam już, że Diana jest dla mojej mamy największym autorytetem? - Na razie nie mogę dać ci więcej. - Wyciągnęła z portfela kilka banknotów o nominałach, które sprawiły, że szeroko otworzyłam usta.
- Dzi... Dziękuję mamo - zająknęłam się. - Ale...
- Żadne ale. Skończyłaś liceum - z czego jestem bardzo zadowolona zważywszy na twoje podejście do ocen, dostałaś się na studia, a poza tym nie sprawiasz problemów, a ja wygrałam tę dużą sprawę i powiedzmy, że to taka mała nagroda, plus część prezentu urodzinowego.
- Kocham cię mamo. - Mocno ją uściskałam.
- Nie ma za co. Bawcie się dobrze dziewczynki. Wracam do pracy. - Ostatni raz uśmiechnęła się do nas i wyszła z pokoju.
Jeszcze przez chwilę wpatrywałam w trzymane przeze mnie pieniądze. Nie powiem, że czegoś mi kiedykolwiek brakowało - mama jest prawnikiem, najlepszym w mieście swoją drogą, ale nigdy nie dała mi aż tak wielkiej sumy...
- Idziemy? - zapytała Diana.
- Jak zdołałaś oderwać ją od pracy? - Byłam naprawdę ciekawa.
- No wiesz... Ma się ten urok osobisty i dar przekonywania - zaśmiała się.
Wzięłam torebkę leżącą obok biurka, włożyłam do niej telefon i pieniądze.
- No to zaszalejemy...
W centrum handlowym, jak zawsze w sobotę, panował niezwykły tłok. Przystanęłam zaraz za drzwiami obrotowymi, bojąc się wejść w morze ludzi przede mną.
- Katy, idziemy. Na co czekasz? - Diana pociągnęła mnie za rękę.
Zaproponowałam, żebyśmy najpierw poszły coś zjeść, ale spotkałam się z odmową.
Dałam się wciągnąć w wir zakupów, a radosny nastrój Diany przeszedł też na mnie. Po 3 godzinach kompletnie wykończona zakomunikowałam przyjaciółce, że na dalsze zakupy nie mam już siły.
Poszłyśmy do naszej ulubionej kawiarni znajdującej się na samej górze galerii. Zamówiłyśmy sobie po shake'u i ciastku i usiadłyśmy przy małym okrągłym stoliku. Czekając na zamówienie, przejrzałam moje zakupy. Dzięki hojności mojej mamy, moja szafa wzbogaciła się o 2 pary kolorowych szortów, 3 podkoszulki ze śmiesznymi nadrukami, błękitną bluzę, koszulę w czarno-granatową kratkę i zwiewną, różową sukienkę( to kompletnie nie mój styl, ale Diana stwierdziła, że wyglądam w niej prześlicznie i grzechem byłoby jej nie kupić).
- Ta sukienka jest boska - odezwała się Diana.
- Jak chcesz mogę ci ją oddać - zaproponowałam.
- Chyba żartujesz. Nie wyglądałabym w niej tak dobrze, jak ty. Twoja jasna cera i blond włosy idealnie współgrają z jej kolorem. Zawsze twierdziłam, że łososiowy to twój kolor.
- Z pewnością... - Nie lubię różowego w żadnej postaci...
Dokładnie, gdy skończyłam to mówić, do naszego stolika podeszła kelnerka. Postawiła przed nami dwa talerzyki z przepysznie pachnącymi kawałkami ciasta i dwa shake'i. Życzyła nam smacznego i podeszła do stolika obok. Mój wzrok mimowolnie powędrował za nią i spoczął na siedzącej obok nas parze. On trzymał dłoń na jej dłoni, a ona posyłała mu pełne uwielbienia spojrzenia. Mój żołądek boleśnie się zacisnął. Na samo wspomnienie chwil spędzonych z Maxem poczułam jak spada na mnie kurtyna smutku. Bo przecież nie zawsze było źle. Szczerze, aż do wczoraj było dobrze, za dobrze. I może właśnie dlatego powinnam była się domyśleć? Ale która zakochana osoba podejrzewa, że jej ukochany ją oszukuje?
Diana podchwyciła moje spojrzenie.
- No chyba nie myślisz teraz o tym dupku?
Nie odezwałam się.
- Kate! Nie zmuszaj mnie, żebym użyła siły fizycznej. Myślałam, że już o nim zapomniałaś!
Gdyby to było takie proste...
- On nie jest wart nawet chwili twojej uwagi, a już napewno nie popsuje nam zakupów!
- Myślałam, że już skończyłyśmy...
- No chyba żartujesz... Dopiero się rozkręcamy.
- Diana. Naprawdę nie mam już siły. Kupiłam wszystko, czego mi potrzeba i jeszcze więcej. Możemy wracać już do domu? - Zrobiłam minę proszącego pieska.
Dziewczyna zamyśliła się na chwilę, po czym zrobiła taką minę, że w duchu zaczynałam cieszyć się, że uległa.
- No dob... - przerwała w ostatnim momencie i stuknęła się otwartą dłonią w czoło. - Zapomniałyśmy o najważniejszym! Jedz szybko. Musimy ci coś jeszcze kupić... - Zobaczywszy błysk w jej oczach z rezygnacją opuściłam głowę na stolik zaniechając jakimkolwiek dalszym próbom negocjacji.
***
- Chyba sobie kpisz... - Popatrzyłam na Dianę wrogim wzrokiem. - W życiu tego nie założę. Udało ci się namówić mnie na tę cholerną sukienkę, ale o tym nawet nie marz!
Dziewczyna nawet nie drgnęła trzymając w wyciągniętej przede mną ręcę bikini, które kłamstwem byłoby nazwać skromne. Nie to, że jestem jakaś gruba, czy zakompleksiona, ale ono nie zakrywało prawie nic! Wstyd byłoby mi stanąć w czymś takim przed lusterkiem, a co dopiero opalać się na plaży.
- Wynajęłaś domek na plaży nudystów? Trzeba było mówić tak od razu. Nigdzie nie jadę! - Uparcie stałam przy swoim.
- Czemu nie chcesz go nawet przymierzyć? Z twoją figurą mogłabym nawet opalać się nago!
- Bo ty nie masz za grosz wstydu! Rozpustnico. - Zaśmiałyśmy się obie. Już wiedziałyśmy, że się nie dogadamy. Jesteśmy zbyt uparte...
- Poszukaj czegoś dla siebie, ja poszukam czegoś dla siebie. Wróć tutaj za 5 minut, okey? - zaproponowałam.
- Niech będzie - przytaknęła. - Chociaż dalej twierdzę, że w niczym nie będziesz wyglądać lepiej - dodała zanim zniknęła za wieszakiem z japonkami.
Rozejrzałam się po części sklepu, w której zostałam. Za plecami miałam przymierzalnie, a zewsząd otaczały mnie wieszaki z wszelkiego rodzaju strojami kąpielowymi. Różnorodność kolorów, krojów i wzorów raziła w oczy. Spojrzałam na stojącą nieopodal pufę, na której leżała moja torebka i nieszczęsne bikini. Wyjęłam telefon by sprawdzić godzinę. Dochodziła czwarta. Nie wierzę, że wytrzymałam na zakupach tyle czasu...
Od niechcenia zaczęłam przesuwać wieszaki ze strojami, gdy usłyszałam za sobą Dianę.
- Wybrałaś coś? - W jednej ręce trzymała jakieś buty, chyba sandałki, a przez drugą przewieszone miała jakieś ciuchy. Jakim cudem zdążyła znaleźć dla siebie tyle rzeczy w tak krótkim czasie?
- Yyy... No tak! - Chwyciłam pierwszy lepszy wieszak i udałam się w stronę przymierzalni. - Poczekaj chwilę, powiesz mi co o tym sądzisz.
Na twarzy przyjaciółki zagościł entuzjastyczny uśmiech. Ruchem ręki popędziła mnie, a sama usiadła na pufie obok mojej torebki.
Zamknęłam za sobą drzwiczki i popatrzyłam na znajdujący się w mojej ręce strój. Szybko odmówiłam modlitwę, licząc, że nie trafiłam na nic gorszego niż propozycja Diany. Chyba czuwał nade mną mój anioł stróż, bo strój okazał się dwuczęściowym, błękitnym bikini. W duchu podziękowałam losowi i zaczęłam się w nie wciskać. Po kilku nieudanych próbach zapięcia stanika bez ramiączek z naprawdę durnym zamkiem, z ulgą spojrzałam w lustro. Strój zakrywał dokładnie tyle ciała ile trzeba, podkreślając moje atuty, którymi bez wątpienia były długie nogi i płaski brzuch. Równocześnie trafiłam na krój stanika, który optycznie powiększa biust- plus dla mnie. Ostatni raz rzuciłam na siebie okiem i zdecydowałam, że mogę pokazać się Dianie.
Ostentacyjnie otworzyłam drzwiczki przymierzalni i zrobiłam krok do przodu.
- I jak wyglądam? - powiedziałam do osoby stojącej przede mną, która, ku mojemu przerażeniu, okazała się nie być Dianą.
- No powiem ci, że powinnaś się tak nosić dużo częściej - odpowiedział wyjątkowo niskim, nawet jak na niego, głosem.
Byłam tak zaskoczona, że nie zrobiłam kompletnie nic, choć każda dziewczyna o zdrowych zmysłach, zobaczywszy przed sobą Louisa Tomlinsona w przeciągu sekundy schowałaby się z powrotem do przymierzalni. Ale ja zamiast tego stałam przed nim, prawie naga z rozdziawioną ze zdziwienia buzią i szeroko otwartymi oczami.
- To był komplement złotko, wyglądasz nieziemsko. - Zrobił krok w moją stronę. Dopiero wtedy po moich żyłach zaczęła krążyć adrenalina, a ja odzyskałam władzę nad ciałem. Natychmiast wycofałam się do przymierzalni i oparłam plecy o zimną ścinę. Serce biło mi w zawrotnym tempie i nie wiem czy powodem tego było zdenerwowanie, czy intensywność spojrzenia, jakim się we mnie wpatrywał.
Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu, drzwi przymierzalni otworzyły się wpuszczając do środka bruneta. W myślach obdarowałam się kilkoma niecenzuralnymi przymiotnikami, za nie zasunięcie zasuwki.
Zanim zdążyłam wypchnąć Louisa za drzwi, przysunął się do mnie na niebezpiecznie bliską odległość. Przyparł mnie do ściany i oparł dłonie po obu stronach mojej głowy.
Jedyne, o czym mogłam w tamtej chwili myśleć, to milimetry dzielące nasze usta i moja nagość.
Bałam się go. Byłam zamknięta w przymierzalni, ubrana tylko w strój kąpielowy, a do ściany przypierał mnie chłopak, którego reputacja nie wróżyła nic dobrego.
Lecz bardziej przerażało mnie to, że wcale nie czułam się źle z jego bliskością. Działała na mnie kojąco i właśnie to zmroziło mi krew w żyłach.
Przebiegły uśmiech na jego twarzy pokazał mi tylko, że jest zadowolony z tego jak reaguję. Choć powinnam już dawno go od siebie odepchnąć, nie mogłam zrobić nawet najmniejszego ruchu.
Chłopak z każdą sekundą przybliżał swoje usta do moich. Gdy byłam już pewna, że mnie pocałuje i zamknęłam oczy, odwrócił twarz i wyszeptał mi do ucha:
- Jednak w tym wyglądałabyś lepiej.
Wręczył mi wieszak z bikini, na które uparła się Diana i wyszedł. Tak po prostu. Zostawiając mnie samą sobie z moim galopującym sercem...
Gdy w końcu wyszłam z przymierzalni, nie zastałam już chłopaka. Znalazła się natomiast moja niezawodna przyjaciółka. Podniosła wzrok znad telefonu i zapytała:
- No gdzie ten strój? - Zdążyłam się już przebrać.
- A gdzie byłaś 10 minut temu?
- Postanowiłam zapłacić za tamte ciuchy, zanim się rozmyślę. - Uśmiechnęła się od ucha do ucha, jakby nigdy nic.
Dłonie nadal mi się trzęsły i w umyśle toczyłam ze sobą walkę. Powiedzieć o tym co przed chwilą zaszło Dianie? Była moją przyjaciółką od zawsze i nie chciałam czegokolwiek przed nią zatajać. Ale z drugiej strony, musiałabym przyznać się, jak Louis na mnie działał, a na to nie miałam najmniejszej ochoty. Dlatego z wymuszonym uśmiechem pokazałam przyjaciółce strój trzymany w dłoni.
- Kupuję. Zadowolona?
- Błękitny! - Klasnęła w dłonie. - To definitywnie twój kolor.
- A ja myślałam, że łososiowy.
W odpowiedzi tylko się zaśmiała i pokręciła głową.
Podniosłam torebkę z pufy w poszukiwaniu mojego telefonu, który wcześniej tam rzuciłam. Serce na chwilę mi stanęło, gdy nie zobaczyłam go tam. Z prędkością światła przeszukałam torebkę i ku mojej ogromnej uciesze, znalazłam w niej mojego iPhona. Jednak musiało mi się coś pomylić... A mogłabym przysiąc, że go tam nie wkładałam.
Skierowałyśmy się do kasy, by zapłacić za mój strój, a ja nie mogłam się powstrzymać przed rozejrzeniem się po całym sklepie w poszukiwaniu brąz czupryny. Nie wiem, czemu sądziłam, że jeszcze tam będzie...

Rozdział 2.

  

             
  The world is gonna judge you no matter what you do, so live your life the way you fucking want to.


     - Kate... Kate. Kate! - Diana lekko mną potrząsnęła. Spojrzałam na nią i ze wszystkich sił spróbowałam powstrzymać łzy cisnące się do moich oczu. W jej twarzy ujrzałam determinację i coś, co mnie przeraziło... gniew.
- Nie możesz teraz przez niego płakać. - Otarła mi policzki. - Nie dasz mu tej satysfakcji.
   Widziałam w jej oczach troskę. Wiedziałam, że cokolwiek by się nie stało, to ona zawsze stanie po mojej stronie. I właśnie w tym momencie złość zaczęła przysłaniać smutek, który jeszcze przed chwilą mnie paraliżował. Dałam się ponieść narastającemu we mnie uczuciu gniewu. Wyprostowałam się i energicznym krokiem ruszyłam w stronę Maxa. Zauważył mnie dopiero, gdy dzieliło nas już tylko kilka kroków.
   Coś w wyrazie mojej twarzy sprawiło, że zaczął się cofać. Wybrał jednak złą drogę, bo po chwili oparł się plecami o szafki po przeciwległej stronie korytarza.
- Max, Max, Max... - Za każdym razem, gdy wymawiałam jego imię, stukałam go w tors. - Nieładnie. Bardzo nieładnie. Mamusia nie uczyła cię, że nie wolno robić takich rzeczy? - Przekrzywiłam głowę i wpatrywałam się w niego.
- Ja... Nie... My.. Bo... - Z niemałą radością obserwowałam, jak zazwyczaj buchający pewnością siebie chłopak jąka się, próbując uciec od mojego wzroku.
- Zraniłeś mnie - szepnęłam. - Teraz ja zranię cię. - Przybliżyłam się do niego jeszcze bardziej i przeciągnęłam paznokciem po jego policzku. - Trochę szkoda by było, gdyby coś złego stało się tej twojej ślicznej buźce...
   W jego oczach widziałam autentyczne przerażenie. Ten chłopak był pusty. Nie miałam pojęcia jak mogłam spotykać się z kimś takim...
   Zamachnęłam się, lecz w ostatniej chwili uderzyłam w jego ramię.
- Nie będę brudzić sobie tobą rąk - powiedziałam i odsunęłam się. Lecz w tym momencie zza moich pleców wysunęła się Diana. Nigdy nie spodziewałabym się, że jest do czegoś takiego zdolna, ale po prostu uderzyła Maxa otwartą dłonią w twarz, zostawiając na jego policzku czerwony ślad.
- Nigdy nie zaczynaj z moją przyjaciółką - wysyczała. - A tobie radzę się stąd zmywać - rzuciła w stronę Harriet, która natychmiast pobiegła w głąb korytarza.
   Max pocierał dłonią nadal czerwony policzek. Pociągnęłam przyjaciółkę za rękę i miałyśmy już odchodzić, gdy chłopak myśląc zapewne, że już go nie usłyszymy, odezwał się:
- Zawsze wiedziałem, że jesteście jeb.. - Nie dokończył, gdyż tym razem moja dłoń z głośnym plaskiem uderzyła w jego policzek.
- Żeby równo puchło...
   Nie czekałyśmy na jego reakcję.
Bez słowa oddaliłyśmy się zostawiając go samego sobie.
                                                                         ***

    Gdy wchodziłyśmy do klasy było już po dzwonku. Wszyscy oprócz nas siedzieli już w ławkach. Na szczęście zdążyłyśmy przed nauczycielką. Mimo, że to ostatnia lekcja przed wakacjami, panna Green, ucząca nas przez zeszłe lata literatury, zapowiedziała, że nie zmieni swojego surowego podejścia do momentu wybrzmienia dzwonka oświadczającego koniec szkoły.
Niall siedzący w przedostatniej ławce pod oknem posłał nam zdziwione spojrzenie. Jak potem zauważyłam nie on jedyny na nas spoglądał. Właściwie, choć wcześniej uszło to mojej uwadze, zdałam sobie sprawę, że z naszym wejściem do sali, wszyscy umilkli. Wpatrywali się we mnie z całą paletą uczyć w oczach, zaczynając od współczucia, poprzez niedowierzenie i zaskoczenie, kończąc na podłych uśmieszkach. Gdy przechodziłam między ławkami usłyszałam nawet jak ktoś nazywa mnie suką i mówi, że w pełni sobie na to zasłużyłam. Już miałam przystanąć i powiedzieć tej osobie, co myślę o jej marnej egzystencji, lecz do klasy weszła panna Green.
Nadal zastanawiałam się, jak plotki mogą rozchodzić się tak szybko, gdy na mojej ławce wylądowała złożona karteczka. Nie dotknęłam jej, tylko rozejrzałam się po klasie, spodziewając się następnego ataku. Każdy zdawał się być zajęty swoimi sprawami. Uspokoiłam się, gdy złapałam spojrzenie Diany. Pokazywła mi, bym odczytała jej wiadomość.
Cudownie. Karteczki. Jak w przedszkolu. Czemu mnie to u niej nie dziwi?
    
   Hej :) Widzę, że nie interesuje cię wykład Green. Jak zawsze z resztą =D
Po pierwsze: nie przejmuj się tamtą zdzirą! Jak zobaczy siniaka Maxa, będzie cię przepraszać na kolanach! Po drugie: Ponawiam pytanie prośbę, JEDŹ Z NAMI !!!!

  Spojrzałam na przyjaciółkę. Udawała, że robi notatki, ale zauważyłam jak ukradkiem mnie pośpiesza.
Wyjęłam z plecaka moje wieczne pióro i szybko nabazgrałam odpowiedź.
    
  Diana, rozmawiałyśmy już na ten temat. To jest WASZ wspólny wyjazd. Nie ma tam miejsca dla mnie.
I przestań robić notatki pieprzona kujonko. Wakacje za 30min!

    Odrzuciłam karteczkę w chwili, gdy nauczycielka pisała coś na tablicy.
Gdy Diana czytała jej zawartość grymas niezadowolenia przeszedł po jej twarzy. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać.

     Suck my dick, bitch :P I przestań gadać głupoty! Przy mnie zawsze jest dla ciebie miejsce !!! Nie zmuszaj mnie do związania cię i wsadzenia do bagażnika! Dobrze wiesz, że jesteś na to za ciężka.

     Czytając odpowiedź mimowolnie się roześmiałam. Już chciałam szturchnąć brunetkę siedzącą obok mnie, gdy niespodziewanie wyrosła przede mną panna Green.
- Kate Lacy! - krzyknęła jakby dzielił nas cały korytarz, a nie blat ławki. - Swoim niepoważnym zachowaniem zakłócasz spokój kolegów i odbierasz im ostatnią szansę na zdobycie wielu przydatnych informacji!
Gdyby nie to, że panna Green to jedyny nauczyciel, którego się boję, już bym jej odpyskowała. Ale niestety z nią nie wolno było mi zaczynać, o czym przekonałam się na jednych z pierwszych jej zajęć, lądując u dyrektora.
Zakryłam dłonią naszą kartkę i spróbowałam przywołać na twarz jeden z moich uśmieszków niewiniątka.
- Bardzo przepraszam, panno Green. Nie chciałam w jakikolwiek sposób pani przeszkodzić.
Spoglądałam na nią z dołu, czekając aż odwróci wzrok i znów podejdzie do tablicy zostawiając mnie w spokoju. Tak jak się spodziewałam, pierwsza przerwała kontakt wzrokowy, ale nie oddaliła się. Wpatrywała się w moją dłoń, a ja już wiedziałam, że zauważyła, jak wymieniamy się z Dianą karteczkami. Wolałabym, żeby nie wpadła w jej ręce, więc planowałam powiedzieć coś obraźliwego na temat jej fryzury, tylko by odwrócić jej uwagę, nawet jeśli miałam przez to trafić do gabinetu dyrektora. Już otwierałam usta, gdy usłyszałam znajomy głos.
- Panno Green? - siedzący przede mną Niall zagadnął nauczycielkę.
- Tak, Niall? W czym mogę ci pomóc? - Dziwne było, jak szybko zmieniła ton głosu, który teraz przepełniony był życzliwością.
- Czy mogłaby pani powtórzyć jak wątek fatum uwidacznia się w "Królu Edypie"?
Nauczycielka natychmiast uchwyciła się tej myśli i zaczęła swój monolog, który na pewno nie skończy się przed dzwonkiem. Byłam pewna, że Niall wie więcej na ten temat niż sama Green. Byłam wdzięczna za pomoc, dlatego posłałam mu nieme dziękuje, gdy tylko uchwyciłam jego wzrok.
Rozłożyłam leżącą pod moją dłonią kartkę. Zaczęłam myśleć o wyjeździe z Dianą chyba po raz tysięczny. Wakacje z dala od rodziców w towarzystwie przyjaciół były bardzo kuszące, ale nie mogłam pozbyć się poczucia winy. A poza tym przecież miałam już plany. Ja i M... Poczułam jakby w moje serce wbijała się wielka szpilka. Nie mam już planów, nie mam chłopaka, nie mam nic...
Poczułam szturchnięcie. Diana złożyła ręce jak do modlitwy i wyszeptała "proszę" co najmniej dziesięć razy.
A jednak coś mi zostało... I to nie takie małe coś.
Szybko nakreśliłam na kartce odpowiedź i odrzuciłam ją na stolik przyjaciółki.

      A propozycja z podtopieniem Nialla nadal aktualna? Bo jeśli tak to myślę, że chyba mnie przekupiłaś...

    Diana skończyła czytać moją odpowiedź w chwili, gdy na korytarzu rozbrzmiał dzwonek. Wydała z siebie niekontrolowany pisk i skoczyła na mnie. Mogę się założyć, że połowa klasy włącznie z panią Green przypisała ten nagły atak radości do początku wakacji.
- Kate, nawet nie wiesz jak się cieszę! To będą najlepsze wakacje w naszym życiu! Niall! Słyszałeś? - Podbiegła do swojego chłopaka i ucałowała go w usta. - Kate jedzie z nami!
Chłopak oszołomiony nie tyle wiadomością ile nagłym okazaniem uczuć, potrząsnął tylko głową.
Razem wyszliśmy z klasy i rozdzieliliśmy się idąc do swoich szafek.
- Wpadnę do ciebie jak wrócę do domu - krzyknęła Diana zanim zdążyłam się oddalić.
Wpakowałam do plecaka resztę rzeczy z mojej szafki omiatając ją ostatnim spojrzeniem. Przechodząc korytarzem do głównego wejścia naszego liceum zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie będę tęsknić. Większość wspomnień z ogólniaka łączy się Maxem, a z wiadomych powodów, o nim wolałabym zapomnieć... Nie chciałam zawracać sobie nim głowy, po trosze bojąc się, że znów się rozpłaczę. Otworzyłam szeroko drzwi, pozwalając, by gorący wiatr omiótł moją twarz i wywiał z niej resztki łez kryjących się w kącikach moich oczu.
Gdy tylko postawiłam krok na szkolnym parkingu zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Nie było na nim żadnego auta.
- Cholera - mruknęłam. Zawsze po szkole odwoził mnie Max. Całkiem o tym zapomniałam. Byliśmy ze sobą tak długo, że jego obecność stała się dla mnie czymś naturalnym, rutyną, z której boleśnie muszę się wyrwać.
Od domu dzieliła mnie godzina marszem i wcale mi się to nie uśmiechało. Szybko sprawdziłam godzinę autobusu, który mógłby podwieźć mnie prawie pod furtkę i z ulgą odkryłam, że następny mam za 5 minut.
Szłam w stronę przystanku, gdy za moimi plecami rozległ się przeciągły gwizd. Dlaczego ja? Czy to nie za dużo jak na jeden dzień? Miałam go więcej nie zobaczyć...
Odwróciłam się omiatając go gniewnym spojrzeniem.
- Wiesz co? - Louis stał oparty o motor pod pobliskim drzewem, którego liście rzucały cienie na jego twarz, sprawiając, że wydawał się jeszcze bardziej niebezpieczny. - Trochę mi zaimponowałaś dzisiaj. A to jest trudne do wykonania.
Początkowo nie rozumiałam, o co mu chodzi, lecz szybko przypomniałam sobie zajście z Maxem.
- Nigdy nie powiedziałbym, że w tych swoich wątłych rączkach masz tyle siły. - Wyszczerzył się w głupim uśmieszku. Nie miałam siły się z nim kłócić, więc po prostu odwróciłam się i ruszyłam dalej w stronę bramy wyjściowej. Wtedy przypomniałam sobie słowa Louisa. Czyżby o wszystkim wiedział? Czy tylko ja byłam taka ślepa i tego nie widziałam?
- Dokąd zmierzasz, księżniczko? - Nawet nie zauważyłam, kiedy wsiadł na swój motor i pojechał za mną.
  Postanowiłam mu nie odpowiadać naiwnie myśląc, że może wtedy się odczepi.
- Nie masz z kim wrócić do domu? Na szczęście mam dzisiaj dzień dobroci dla upokorzonych, więc mogę cię podwieźć. - Poklepał siedzenie za sobą. Jazda zatłoczonym autobusem, szczególnie w taki upał nie podobała mi się w najmniejszym stopniu. Ale przejażdżka z Louisem na jego motorze? Po moim trupie! Ten chłopak za nic ma zasady, więc nie wsiądę z nim na pojazd, który może osiągnąć takie prędkości... Wizja trzymania go w pasie przez całą drogę, także mi się nie uśmiechała...
- Jednak podziękuję. - Wyminęłam go. - Jeszcze mi życie miłe. - Szybkim tempem ruszyłam na przystanek. - Miłych wakacji. Tym razem na prawdę mam nadzieję, że więcej się nie zobaczymy.
    Louis chciał coś powiedzieć, ale uniemożliwiły mu to zamykające się za mną drzwi autobusu.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Rozdział 1.



"Nobody dies a virgin. Life fucks us all." 



      Za oknem lekki wietrzyk poruszał liśćmi na drzewach. Co jakiś czas po błękitnym niebie z wolna poruszał się biały, puszysty obłok. Gorąc na zewnątrz był niemal namacalny, a nie wybiła nawet dwunasta.  Ale czego tu się dziwić - taka pogoda w tym rejonie w czerwcu to normalność. Warunki kompletnie nie sprzyjają nauce...
    Rozglądam się po klasie. Wszyscy, no dobra, prawie wszyscy, zdają się być wsłuchani w wykład nauczyciela. A ja znów spoglądam na zegarek. Wskazówki jak na złość nie chcą przesuwać się szybciej. Mogę nawet przysiąc, że się cofnęły...
     Nie mogłam usiedzieć w miejscu. Po co nauczyciele prowadzą normalne lekcje kilka godzin przed zakończeniem roku? Ja też nie znam odpowiedzi... Jednak pocieszałam się myślą, że jeszcze tylko półtorej lekcji dzieliło mnie od definitywnego pożegnania z tą idiotyczną szkołą i irytującymi nauczycielami. Najbardziej cieszyłam się, że nie zobaczę już więcej większości tych twarzy...
  - Jestem przekonany, że panna Lacy zna odpowiedź na  moje pytanie... - Zdenerwowany nauczyciel historii starożytnej (Nie pytajcie. Sama tego przedmiotu nie wybierałam.) stał przy mojej ławce i tupał nogą.
   Czy on naprawdę jest na tyle głupi, żeby myśleć, że choć przez chwilę go słuchałam?
    Powoli przesunęłam wzrok na jego twarz, a potem na stukający o podłogę but. Nie przerwał ciszy. Czekał, aż się odezwę...
   - No, nie wiem... Może... Napoleon Bonaparte? - rzuciłam. Klasa wybuchnęła śmiechem, więc domyśliłam się, że to nie jest dobra odpowiedź.
- Widzę Katherine, że żarty się ciebie trzymają. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że czekają cię studia. Nie na miejscu byłoby już na samym początku popisać się brakiem tak elementarnej wiedzy... - Moralizatorski ton w jego głosie i fakt, że zwrócił się do mnie pełnym imieniem rozwiał we mnie resztki szacunku, który jeszcze przed chwilą do niego miałam.
- Niewątpliwie już pierwszego dnia zostanę poproszona o przypomnienie przebiegu bitwy pod Termopilami z 480 r. p.n.e. i doprawdy powinnam wiedzieć, że zdecydowanie mniejsze greckie wojsko pod wodzą Leonidasa do ostatniej kropli krwi walczyło z liczniejszymi perskimi oddziałami Kserksesa, a swoją heroiczna postawą na zawsze wpisało się na karty historii pozostawiając bitwę tę jako symbol poświęcenia życia na polu walki. Cóż to będzie jeśli pierwszoroczniak zarządzania nie będzie wiedział tak fundamentalnych dla naszej kultury faktów? - Cisza jaka zapadła w klasie i kolor policzków nauczyciela, które przypominały dorodnego pomidora powiedziały mi, że go zgasiłam. I to totalnie. Nie jestem tak głupia, na jaką mógłby wskazywać olewający stosunek do instytucji jaką jest szkoła...
   Niewinnie uśmiechnęłam się do nauczyciela, a on już otwierał usta, by coś mi powiedzieć, ale przeszkodził mu dzwonek.
   Uczniowie w zdumiewająco szybkim tempie spakowali swoje rzeczy i wybiegli z klasy. Chciałam zrobić to samo, ale historyk zatrzymał mnie:
- Katherine, poczekaj.
   Gdyby nie to, że bałam się, iż zaraz opieprzy mnie o wcześniejsze traktowanie, nakrzyczałbym na niego za ponowne użycie mojego pełnego imienia. Zamiast tego po prostu zatrzymałam się przy jego biurku i czekałam, ciekawa, co jest tak ważnego, by zatrzymywał mnie na przerwie.
- Wiem, że mogę zabrzmieć teraz strasznie belfersko - zaczął. - Ale widzę w tobie ogromny potencjał i nie mogę patrzeć jak przez swoja postawę go marnujesz. Jesteś naprawdę zdolna i nie rozumiem, czemu tego nie wykorzystujesz. Powiedz mi, ilu z obecnych na dzisiejszych zajęciach uczniów z lepszą oceną niż twoja wiedziało kto to Kserkses? Jestem pewien, że gdybyś tylko chciała, dostałabyś się na jeden z najlepszych uniwersytetów w tym kraju. - Zrobił przerwę i patrzył na mnie wyczekując mojej reakcji. Stałam z kamienną twarzą. Westchnął i wydał się czymś zawiedziony.
- Jest jeszcze czas. Pomyśl o tym. Naprawdę nie rozumiem czemu... - Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nie dałam mu dojść do słowa.
- To już nie pana sprawa. - Odwróciłam się na pięcie i błyskawicznie opuściłam pracownię historyczną, zdecydowanie za głośno zamykając za sobą drzwi.
   Chciałam iść do mojej szafki i zapomnieć o całej tej rozmowie, gdy usłyszałam przeciągły gwizd, który wydał chłopak opierający się o przeciwległą ścianę korytarza. Na sam widok jego ciemnej czupryny ogarnęły mnie złe przeczucie. On + mój zły humor = potencjalne morderstwo.
- Kogo moje piękne oczy widzą... Kate, najlepsza lala w szkole..  - Powoli zaczął iść w moją stronę.
- Louis, największy dupek w szkole... - syknęłam chcąc, by cały jad zawarty w tej krótkiej odpowiedzi zniechęcił go do kolejnych zaczepek. Ale na to, nie mogłam nawet liczyć.
    W całej naszej szkole, mogłabym pokusić się na stwierdzenie, że w całym naszym mieście, roiło się od plotek o chłopaku, który właśnie się do mnie zbliżał. Nazwisko Tomlinson było znane wszystkim, choć tak naprawdę żadna z pogłosek nie została potwierdzona u źródła. Jedni twierdzili, że w poprzedniej szkole pobił chłopaka tak, że tamten ledwo przeżył i dlatego Louis musiał zmienić szkołę. Inni byli pewni, że jest zamieszany w mafię, handluje narkotykami, sam od nich nie stroni i dowodzi bandą zajmującą się kradzieżą drogich aut. Jeszcze inni przekonywali, że powtarzał klasę z powodu opuszczonego roku, który spędził w więzieniu. Pewne było tylko to, że dziewczyny interesują go tylko na czas trwania jednego numerka. I choćby już tylko to świadczyło o tym, że nie chciałam mieć z nim nic wspólnego.
   Choć Tomlinson robił wszystko co w jego mocy by strzec swoich tajemnic, nie był wystarczająco dobry. Do wiadomości ogólnej dotarły skrawki jego biografii, jak na przykład to, że jest o 2 lata starszy od naszego rocznika... Na szczęście chodziłam z nim tylko na jedne zajęcia, na których z resztą rzadko się pojawiał.
 - Lubię, gdy zakładasz tak krótkie spódniczki. - Tak bardzo pogrążyłam się w myślach, że zapomniałam, że naprawdę przede mną stoi. - Nawet nie wiesz jak bardzo mam wtedy na ciebie ochotę... - dokończył i zrobił jeszcze jeden krok w moją stronę.
- Wiesz co Tomlinson? W dupie ma na co masz ochotę! - powiedziałam zdecydowanie za głośno. Jeszcze przed chwilą myślałam, że nie można mnie już bardziej zdenerwować, ale widocznie Louis ma do tego talent.
   Wpatrywałam się w niego i mogę przysiąc, że z oczu sypały mi się iskry. Gdyby można było zabijać samym spojrzeniem, bez wątpienia już by nie żył.
    Chłopak obdarzył mnie zawadiackim uśmieszkiem i zdawał nie przejmować się wrogością bijącą ode mnie. Zmniejszył dystans miedzy nami, do tego stopnia, że dzieliły nas już tylko centymetry.
- Kiedyś będziesz moja, złotko - wyszeptał mi do ucha. - I wierz mi. Przyjdzie taki dzień, kiedy będziesz mnie prosić, żebym cię posunął...
   To przelało miarkę. Nikt nie będzie traktował mnie w ten sposób!
- Pierdol się! - krzyknęłam i popchnęłam go. Chłopak najwidoczniej nie spodziewał się takiej reakcji, bo zważywszy na jego siłę w porównaniu z moją, moje uderzenie nie powinno odsunąć go ode mnie aż tak bardzo. Szczerze mówiąc nie liczyłam na to, że w ogóle się ruszy.
   Brunet stał z otwartymi ze zdziwienia ustami, a ja obrzuciłam go gniewnym spojrzeniem, obróciłam się na pięcie i zamaszystym krokiem ruszyłam w głąb korytarza.
- A tak w ogóle to twój pan Chodząca Perfekcja nie jest wcale taki święty! - Chłopak zdążył jeszcze krzyknąć, zanim oddaliłam się na tyle, by go nie słyszeć. Zapewne miał na myśli mojego chłopaka, a fakt, że go w to miesza jeszcze bardziej mnie rozzłościł. Nie chciałam już nawet myśleć o tym, o co mogło mu chodzić i jaki ma interes w wspominaniu Maxa...
    Zamiast rozmyślać nad sensem jego głupiej docinki zaczęłam zastanawiać się, gdzie mój chłopak teraz przebywa. Przeważnie nie spotykaliśmy się na tej przerwie. Max ma dzisiaj dwie lekcje biologii dla zaawansowanych i praktycznie nie wychodzi z klasy. Byliśmy umówieni dopiero po lekcjach.
    Jednak zważywszy na moje poirytowanie, postanowiłam go znaleźć. On na pewno będzie umiał mnie pocieszyć.
     Najpierw jednak chciałam zajrzeć do swojej szafki. Byłam pewna, że po drodze znajdę gdzieś moją przyjaciółkę. Właściwie, dziwiło mnie, że jeszcze się na nią nie natknęłam.
      Tak jak myślałam, przy szafce zastałam całującą się parę. Ona plecami przyparta była do drzwiczek, a on pochylał się nad nią z rekami opartymi po obydwu stronach jej głowy.
- O ble! Kujony się całują! - powiedziałam  i udałam, że wymiotuję. Obydwoje natychmiast się odwrócili.
- Kate, czy ty zawsze musisz nas tak straszyć?
- Diana, a czy wy zawsze musicie robić to - pokazałam na nich ręką - w miejscach publicznych? Ktoś się kiedyś serio zrzyga...
    Przyjaciółka szturchnęła mnie w ramię. Wiedziała, że żartuję. Znałyśmy się tak długo, że niemal czytałyśmy sobie w myślach. Mieszkamy obok siebie i bawiłyśmy się razem jeszcze zanim nauczyłyśmy się chodzić. Chodziłyśmy do tych samych szkół. Od początku było wiadomo, że w naszej dwójce ona jest tą mądrą i odpowiedzialną, a ja tą z najgłupszymi pomysłami. Gdy poszłyśmy do liceum ona dalej była czarująca i urocza, czym zjednywała sobie przyjaciół, a ja byłam tym dziwadłem, który się za nią pałętał. Diana została cheerleaderką, przewodniczącą kilku klubów naukowych i jedną z najpopularniejszych uczennic w szkole. Najbardziej kocham ją za to, że mimo wszystko dalej się ze mną przyjaźniła.
  - Dalej nie rozumiem czemu w ogóle spędzasz z nią czas - zażartował Niall - chłopak Diany. Dalej nie rozumiem jak to się stało, że zostali parą. Konkurowali ze sobą chyba od przedszkola. Każde z nich chciało być najlepsze i nienawidziło to drugie za to, że mu w tym przeszkadza. On kapitan drużyny piłki nożnej, ona kapitan cheerleaderek i do tego walka o miano najlepszego ucznia, aż pewnego dnia bum! Zaczęli ze sobą chodzić. 
- Panie Horan... Jeszcze jeden taki tekst, a sklepię panu tę piękną buźkę - odgryzłam się i dźgnęłam go palcem w tors. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
- Może chodźmy już na lekcję, bo się jeszcze pobijecie - odezwała się Diana.
- Nie martw się, dla niego byłabym delikatna - droczyłam się. - A tak przy okazji, to nie widziałaś gdzieś Maxa?
- Nie... Ale teraz ma bodajże chemię... Albo biologię?
- Biologię. Pewnie siedzi w klasie. Przejdziesz się tam ze mną? 
    Diana popatrzyła pytająco na Nialla. Kiwnął głową i powiedział, że będzie na nas czekał w klasie. Dziewczyna zdążyła cmoknąć go na pożegnanie, zanim ruszyłyśmy w stronę pracowni biologicznej.
   - Przemyślałaś sprawę? -odezwała się nagle.
- Diana... Dzięki za propozycję, ale wiesz, że nie mogę. - Że też teraz zaczęła ten temat. - To ma być wasz wyjazd. A poza tym, jestem już umówiona z Maxem.
   Dziewczyna zrobiła kwaśną minę. Z nieznanych mi powodów nie lubiła mojego chłopaka...
- A może jednak chcesz z nami jechać? Co wy możecie robić ciekawego sami w tej dziurze? - Zapewne miała na myśli nasze miasteczko. 
- A powiem ci, że jest kilka rzeczy, które para może robić w długie letnie wieczory...
- Kate! - Szturchnęła mnie. Obie się zaśmiałyśmy. - Miałaś przemyśleć moją propozycję i oczekiwałam, że się zgodzisz.
- Diana, na prawdę nie mogę... - Od tamtego tygodnia próbuje przekonać mnie, bym pojechała z nimi na wyjazd, który planują z Niallem przez cały rok. Wynajęli domek nad jeziorem, nawet dobrze nie wiem gdzie. I nie chodzi nawet o to, że nie mam ochoty z nimi jechać. Po prostu nie chcę popsuć im wspólnego wyjazdu. - W końcu ode mnie odpoczniesz... 
   Przyjaciółka popatrzyła na mnie pełnym politowania wzrokiem i znów zaczęła gadać. Właśnie obiecywała, że pozwoli mi troszkę podtopić Nialla, gdy skręciłyśmy za róg korytarza. 
    Urwała w pół słowa, a ja poczułam, jak uginają się pode mną nogi. Świat zaczął wirować i mogłabym przysiąc, że słońce przygasło. Z trudem łapałam powietrze i całkiem zapomniałam gdzie jestem. Nie mogłam tego widzieć...
- Kate... - Diana potrząsnęła moim ramieniem. 
    Lecz ja zdawałam się nie odbierać bodźców ze świata zewnętrznego. Jednak to co przed chwilą przygasło, powróciło do mnie ze zdwojoną siłą i uderzyło odbierając resztki powietrza. Zdawało mi się, że ziemia otworzyła się i pochłaniała mnie, nie mając już nigdy oddać mnie do świata na powierzchni...
   Mój własny chłopak całował się na moich oczach z inną dziewczyną. Mój chłopak obmacywał na moich oczach mojego największego wroga. Mój chłopak zdradzał mnie z Harriet...  
   Gdy myślałam już, że gorzej być nie może, oderwali się od siebie na chwilę. Na chwilę, podczas której ona zdążyła mnie zauważyć. Popatrzyła mi prosto w oczy i jeszcze raz przyciągnęła do siebie Maxa. To było ostania rzecz jaka zobaczyłam zanim moje oczy zasłoniły łzy...