- Are you an idiot?!
-No, sir. I'm a dreamer.
-No, sir. I'm a dreamer.
Po krótkim i niezwykle żenującym pożegnaniu z moją mamą wreszcie ruszyliśmy w drogę. Nie byłam wielką fanką długich podróży samochodowych, szczególnie w tak upalne dni jak ten, więc lekko naburmuszona siedziałam na tylnym siedzeniu i z całych sił próbowałam zasnąć. Myślałam, że lepiej mi to pójdzie szczególnie, że prawie całą zeszłą noc przegadałam z Dianą. Nigdy wcześniej niczym się tak nie ekscytowała. A że z natury jest osobą, która zaraża wszystkich wokoło swoim nastrojem, sama zasypiałam nad ranem z uśmiechem na twarzy i wizją gorącego romansu nad jeziorem.
Cały ten entuzjazm znikł w momencie odezwania się mojego budzika. Niall uparł się, żeby wyruszyć w drogę wczesnym rankiem, by dotrzeć na miejsce zanim zrobi się ciemno. Więc, po przespanych 4 godzinach, z małą pomocą Diany, udało mi się wyjść z łóżka.
Przyjaciółka wcale nie miała u mnie nocować. Przyszła do mnie późnym wieczorem, sprawdzić, czy aby na pewno "dobrze" się spakowałam. Po przeanalizowaniu i zmienieniu połowy zawartości mojej torby, względnie uspokojona Diana, pożyczyła mój telefon, by zadzwonić do Nialla. I właśnie wtedy dostałam tę wiadomość. A właściwie to nie tylko jedną...
Pisał Max. Zerwał wszelki kontakt z Harriet. Wyznawał miłość, przepraszał, błagał o wybaczenie. Zaklinał się na wszystko, co święte, że niczego bardziej nie żałuje tak, jak tego jednorazowego wyskoku. Prosił o spotkanie, by móc mi wszystko spokojnie wytłumaczyć.
Nie zrozumcie mnie źle. Byliśmy razem naprawdę długo, a ja go kochałam. I nie jestem wcale pewna, czy mogę o tym mówić w czasie przeszłym. W każdym razie jeszcze nie.
Jakby tego było mało, złożyliśmy papiery na ten sam uniwersytet. Nie da się tak po prostu odciąć od części twojego życia.
Dlatego byłam skora zgodzić się na spotkanie.
I w tym momencie do akcji wkracza moja niezawodna przyjaciółka. Jako, że to ona miała w dłoni mój telefon, nie mogłam nic mu odpisać. Diana nie chciała mi go oddać, twierdząc, że jestem w niezwykle zaawansowanym stadium choroby zwanej brakiem mózgu. Próbowałam go jej zabrać, ale ona w między czasie zdążyła wykasować wszystkie wiadomości, a przy okazji jeszcze numer Maxa.
Trochę się pokłóciłyśmy. No dobra, pokłóciłyśmy się bardzo, ale koniec końców jej argumenty do mnie dotarły. Może to i lepiej, że usunęła jego numer, bo nie wiem jak długo potrafiłabym opierać się pokusie zadzwonienia do niego...
- Can't be sleeping. Keep on waking. Without this women next to me.
- Diana, na litość Boską! Prawie zasnęłam! Możesz się zamknąć?!
- Ale ja kocham tę piosenkę. - Naprawdę już zasypiałam, ale moja ukochana przyjaciółka musiała mi przeszkodzić w niezwykle subtelny sposób - wydzierając się na całe gardło.
- A teraz najlepszy moment. So blame it on the night. Don't blame it on me. Don't blame it on me!
- Przysięgam, że cię kiedyś zabiję...
- Oj nie bądź taka sztywna. Wiem, że też ją lubisz. - Diana próbowała mnie przekonać, bym zaczęła śpiewać z nią.
Może i miała rację, a ja jeszcze tydzień temu bez jej zachęcania próbowałabym ją przekrzyczeć, ale teraz nie miałam na to nastroju. Musiała zobaczyć, że coś jest ze mną nie tak, bo nie dała za wygraną.
- Jak nie przestaniesz mieć miny "cały świat się na mnie uwziął" to zostawię cie na tym pustkowiu. - Pokazała ręką za okno, akurat w momencie, gdy Niall wyprzedzał inne auto. I tak się złożyło, że to inne auto prowadził chłopak mniej więcej w naszym wieku.
- So blame it on the night! O cholera! - Diana widocznie zapomniała, że ma opuszczoną szybę. Chłopak już wcześniej rozbawiony tylko jej pomachał i puścił do niej oczko. A ona schowała głowę miedzy kolana nie wystarczająco szybko, by ukryć czerwień, która oblała całą jej twarz.
- Na pewno jest pod wrażeniem twoich umiejętności wokalnych. - Wybuchnęłam śmiechem.
- Ale słodki był, nie? - odpowiedziała.
- Ej. Ja to wszystko słyszę - wtrącił się Niall. - I chyba ktoś inny zostanie porzucony na tym pustkowiu.
- Ja bym tego nie robiła. Wnioskując z miny tego kolesia, Diana miałaby podwózkę. - Wkurzanie go to jedno z moich ulubionych zajęć.
Blondyn posłał mi gniewne spojrzenie.
- Ale oczywiście, by z tego nie skorzystała, bo tak bardzo cię kocha - dokończyłam.
- Nawet nie zdaję sobie sprawy, w co się pakuję - Chłopak przeniósł wzrok znów na drogę przed nami i chociaż z całych sił próbował zabrzmieć poważnie i tak nie udało mu się ukryć uśmiechu. - Diana, możemy ją tu zostawić?
Byłam gotowa mu odpysknąć, gdy z radia poleciały pierwsze nuty piosenki i obie z Dianą zaczęłyśmy piszczeć.
- Nasza piosenka! Kate, pamiętasz?
- No chyba żartujesz? Pewnie, że tak! To razem!
I know you're tired of loving, of loving with nobody to love. Nobody, nobody! Just grab somebody, no leaving this party with nobody to love. Nobody, nobody!
Darłyśmy się jak głupie, dopóki piosenka się nie skończyła.
- Szkoda, że to radio i nie możemy puścić od początku - skwitowała Diana.
- Boże uchowaj! A teraz stajemy, bo nie mogę już z wami wytrzymać - zadecydował Niall. I mimo swoich wcześniejszych zapewnień, że nie zrobi postoju wcześniej niż o pierwszej po południu, zatrzymał auto na najbliższej stacji benzynowej.
~ ~ ~ ~
- Kate! Wstawaj! - Diana potrząsnęła moim ramieniem. - Jesteśmy na miejscu - powiedziała i wskazała ręką za okno.
Musiałam zasnąć zaraz po tym, jak ruszyliśmy spod stacji benzynowej. Przespałam się trochę i przyznaję, że dobrze mi to zrobiło.
Przetarłam oczy, rozciągnęłam się i rozejrzałam wokoło. Moim oczom ukazał się parking w środku lasu, na którym stało kilka samochodów. Muszę przyznać, że troszkę się zawiodłam. Oczekiwałam widoku zapierającego dech w piersiach, a zobaczyłam zwykły parking, jakich wiele na obrzeżach naszego miasta.
- No i gdzie to jezioro? - zapytałam wysiadając z auta. Od razu uderzyło we mnie chłodne powietrze przesączone zapachem sosnowych igieł, żywicy i przesiąkniętej wilgocią ściółki leśnej.
- Cierpliwości. Nie wszystko naraz. Na plażę nie można wjeżdżać autem - odezwał się ktoś za moimi plecami. Natychmiast się odwróciłam.
- Nazywam się Woods, William Woods. Jestem właścicielem tego dobytku. - Mężczyzna w średnim wieku przedstawił się i podał rękę Niallowi. - A pan to zapewne Horan? - Chłopak pokiwał głową i uścisnął jego dłoń. - Oczekiwałem was. Wasz domek jest gotowy. Możecie się wprowadzać. Samochód zostawcie tutaj. Parking jest strzeżony, więc bez obaw. Potrzebujecie pomocy przy bagażach?
- Nie, dziękujemy. Nie ma tego, aż tyle - odpowiedział Niall.
- Wspaniale. Możemy więc ruszać. Zaprowadzę was do waszej kwatery. - Pan Woods posłał nam promienny uśmiech. Wydawał się bardzo miłą osobą, w każdej chwili gotową pomóc, ale równocześnie z jego postawy emanowała stanowczość i coś, co mówiło, że nie warto z nim zaczynać. Bardzo mi kogoś przypominał, ale w tamtej chwili za żadne skarby nie mogłam skojarzyć kogo.
Właściciel wyprowadził nas z parkingu i prowadził krętą ścieżką głębiej w las. Wiatr się wzmógł, więc domyśliłam się, że zbliżamy się do wody.
Po krótkiej chwili marszu, ścieżka zwęziła się i zaczęła się piąć lekko w górę. Po obu stronach mijaliśmy przyczepy kempingowe i namioty. Wokół nich biegały dzieci bawiąc się piłkami, gdzieniegdzie ludzie rozpalili grille, a ja modliłam się w duchu, żeby nasz domek był z dala od tego przedszkola. Pan Woods musiał zauważyć mój wyraz twarzy, bo odezwał się:
- Nie martwcie się. Ta część mojego ośrodka jest przeznaczona dla rodzin z dziećmi. Kawałek stąd do plaży, wiec łatwiej upilnować berbeci. Wasz domek położony nad samym jeziorem. I wybraliście odpowiedni termin. - Uśmiechnął się i puścił do mnie oczko. - Obecnie goszczę u siebie tylko dwie grupy wczasowiczów i tak się składa, że chyba wszyscy jesteście w podobnym wieku. Tak się składa, że dziś wieczorem organizują ognisko. Wiem, bo pytali się mnie o pozwolenie na jego rozpalenie. Oczywiście można to robić tylko w specjalnie przeznaczonym do tego miejscu z dala od lasu. Myślę, że nie będą mieli nic przeciwko, jeśli się przyłączycie.
Przytakiwaliśmy mu, lecz żadne z nas nic nie mówiło. Podczas, gdy pan Woods opowiadał o zasadach panujących w tym miejscu, podziwialiśmy okolicę. Nigdy nie myślałam, że łono natury może podobać mi się, aż tak bardzo. Z każdej strony otaczały nas majestatyczne, wysokie na kilka metrów świerki. Zdawało mi się, że jesteśmy odcięci od świata, od cywilizacji. W tym miejscu nic nie miało znaczenia. Wydarzenia z ostatniego tygodnia wyblakły. Ostaniami rzeczami, o których mogłam myśleć były studia, zakończenie liceum, czy egzaminy końcowe. Teraz liczyło się tylko lato i czas, który miałam spędzić w tym magicznym miejscu.
- No to jesteśmy. - Pan Woods wskazał ręką na oddalony od nas o kilka metrów drewniany domek ze spiczastym dachem. Był naprawdę uroczy i nie mogłam się doczekać, żeby zobaczyć jak wygląda w środku. - Ale zanim wejdziecie musimy iść do mojego biura, podpisać umowę wynajmu. Przy okazji pokażę wam jeszcze parę rzeczy.
Moja ekscytacji rosła z każdą chwilą, szczególnie, że od momentu, gdy weszliśmy na polanę z domkami po naszej prawej stronie można było dostrzec jezioro. Wiedziałam już, że z okien naszego domku będzie je doskonale widać.
- Tutaj jest moje biuro i równocześnie miejsce zamieszkania - zaśmiał się pan Woods, gdy stanęliśmy przed największym i równocześnie najpiękniejszym z domków. W tym momencie zaczęłam zastanawiać się, ile dokładnie płacimy za wynajem naszego domku, który przy tym wyglądał jak zwykła szopa.
Weszliśmy do środka i od razu skręcaliśmy w lewo do pomieszczenia, na którego drzwiach wisiała drewniana tabliczka z napisem "Dyrektor Woods".
- Siadajcie. Niall podpisz tę umowę tutaj, i tutaj. - Właściciel wskazał chłopakowi dwie kartki. - To mój gabinet. Gdybyście z drzwi wejściowych skierowali się prosto, znajdziecie stołówkę, po prawo zaś znajduje się świetlica z telewizorem, kilkoma komputerami z dostępem do internetu i telefon. Muszę przyznać, że zasięg tutaj jest niezbyt dobry, więc ilekroć będziecie musieli wykonać jakiś telefon , nie krępujcie się i przychodźcie do mnie. Piętro, to mój prywatny dom i jest to cześć obozu niedostępna dla wczasowiczów. Ale na dole znajduje się wszystko czego możecie potrzebować. No dobrze. Umowa gotowa? - Zerknął na papiery, podane mu przez Nialla. - Zatem witam w moich skromnych progach. Wasze klucze. - Podał chłopakowi wielki, mosiężny klucz z przywieszką w kształcie szyszki i dziewiątki. - Traficie stąd z powrotem? Odprowadziłbym was, ale przyznaję, że mam jeszcze dużo do zrobienia...
- Tak. Wrócimy bez problemu - odparła Diana. - Dziękujemy panu za wszystko.
- Mówcie mi Will. I nie ma za co. - Odprowadził nas do drzwi. - Pamiętajcie, że w razie jakichkolwiek problemów zgłaszajcie się do mnie, a na pewno wam pomogę.
- Jeszce raz dziękujemy. Do zobaczenia. - Pomachałam mężczyźnie, który jeszcze przez chwilę stał na ganku i odprowadzał nas wzrokiem.
~ ~ ~ ~
- Jesteś pewny, że to ten domek? - Diana spoglądała na Nialla pytającym wzrokiem.
- Tak. Popatrz, to numer 9. Jak przy kluczach. - Wskazał ręką na drewniany numer wiszący nad drzwiami. Zaraz obok niego znajdowała się podkowa.
- Zaraz się przekonamy. - Diana włożyła klucz w dziurkę i przekręciła go. Zamek zatrzeszczał głośno. Dziewczyna nacisnęła na klamkę i otworzyła drzwi.
Wnętrze domku przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Zachodnie okna wychodziły na jezioro, wschodnie zaś na las. Wszystko we wnętrzu było drewniane i wyjątkowo zadbane. Mieliśmy swoją kuchnię, łazienkę i salon z ogromną kanapą. Nie było tam wprawdzie telewizora, ale w rogu pokoju stało radio i to nam w zupełności wystarczy. Diana z jękiem rzuciła się na łóżko, a moją uwagę przykuło coś innego. Piękne drewniane, zdobione schody, które wiły się w odległym rogu pokoju.
- Diana, patrz. Tu jest jeszcze jedno piętro! - krzyknęłam zachwycona i natychmiast rzuciłam się w stronę schodów. Przyjaciółka nie zdążyła się nawet podnieść, gdy ja dochodziłam już na górę.
Kolejne piętro okazało się pokoikiem na poddaszu. Od razu wiedziałam, że go zajmuję. Pokój ten był dużo mniejszy niż salon na dole. Miał dwa okna. Pod jednym, tym z widokiem na jezioro, zamiast parapetu, znajdowała się mała ławeczka z materacem, grubym kocem i poduchami. Zawsze chciałam mieć coś takiego u siebie w domu.
W drugim końcu pokoju stało jednoosobowe łóżko, lampa i szafa. Na drewnianej podłodze przed łóżkiem leżał puchaty, brązowy dywan. Zakochałam się w tym pomieszczeniu i bez względu na wszystko, pozostanie moje.
- Zaklepane! - powiedziałam, gdy tylko zobaczyłam obok siebie Dianę.
- I po co ja się kładłam na dole? - wymruczała. - A może, żeby było sprawiedliwe, rzucimy o ten pokój los?
- Nie ma mowy! - Stałam przy swoim. - Po pierwsze, nie łam prawa zaklepania! Po drugie, ty masz na dole łazienkę, po trzecie jest bardzo malutki... - Kończyły mi się argumenty.
- Po czwarte na dole jest wielkie łóżku... - Wtrącił się Niall, który przed sekundą wniósł moje torby na górę. - Diana, myślę, że możesz jej oddać ten pokój...
- A ja gdzie będę spała? - naburmuszyła się.
- Na dole. Ze mną...
- Ok! Idźcie już sobie, bo nie chce zarzygać mojego nowo wygranego pokoju! - przerwałam mu zanim zrobiło się jeszcze niezręczniej.
- No dobra. - Diana udawała, że jeszcze jej nie przeszło. - To ja zajmuje łóżko, a ty materac i podłogę. - Roześmiana rzuciła w stronę zaskoczonego chłopaka. - A ty szykuj się do wyjścia! Czeka na nas ognisko! - powiedziała tym razem do mnie schodząc po schodach do salonu.



