Thank you for making me laugh when I'd almost forgotten how to.
- Mamo! Czy ty słyszysz
co ja do ciebie mówię?! - krzyknęłam zdenerwowana brakiem jakiegokolwiek
odzewu ze strony mojej rodzicielki.
- Wyjeżdżamy już w poniedziałek...
- Yhm - mruknęła nie podnosząc wzroku znad pracy, którą właśnie czytała.
- Rodzice Diany z nami nie jadą. - Przytaknęła tylko głową.
- Potrzebuję trochę pieniędzy...
- Tak, tak, kochanie.
- Czyli mogę liczyć na ekstra kieszonkowe? - Nie podniosła oczu znad ekranu komputera.
-Mamo? - I nic.
- Mamo!- Jakim cudem zdołała aż tak się wyłączyć? Wiem, że pracuje i nie powinnam jej przeszkadzać, ale wyjazd zbliża się wielkimi krokami, a ona nie raczy nawet na mnie spojrzeć...
- Jestem w ciąży z nauczycielem od wfu i uciekam z nim do Kalifornii.
- Yhm...
Wiedziałam że w tym momencie nic nie ugram, więc po prostu wyszłam z jej biura. Skierowałam się na górę. Rzuciłam się na łóżko w moim pokoju i sięgnęłam po telefon.
5 nieodebranych połączeń od Diany... Ups. Zrobi mi awanturę...
Wolałam do niej oddzwonić, zanim naprawdę wpadnie w szał.
Odebrała już po pierwszym sygnale.
- Ty jesteś jakaś nienormalna?! Ile można do ciebie dzwonić?! Po co ci w ogóle ta twoja wypasiona komóreczka, jak nie da się nawet z tobą skontaktować?! - wyrzucała z sb zdania z prędkością światła. Wolałam jej nie przerywać.
- Idiotka- zakończyła swoją wypowiedź. - Jesteś już spakowana? - zapytała rozpromienionym głosem. Tak, bardzo szybko jej przechodzi.
- Tak, właśnie próbuję domknąć walizkę... - powiedziałam i rozejrzałam się po pokju, próbując przypomnieć sobie gdzie moja torba podróżna może być.
- Nie umiesz kłamać, wiesz? Nawet nie znalazłaś torby... A tak w ogóle to leżąc na łóżku będzie trudno...
- Skąd ty... - Poderwałam się do góry.
- Znamy się już za długo, a poza tym to właśnie się wydałaś - zaśmiała się w słuchawkę.
- Bardzo śmieszne pani wszystko wiedząca chodząca encyklopedia - odgryzłam się.
- A tak w ogóle to złaź na dół i otwórz mi drzwi.
- Że co? - odpowiedziałam, ale Diana już tego nie usłyszała, bo zdążyła się rozłączyć.
Zastanawiałam się, czy to było na serio, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi - najpierw przeciągły, a potem kilka razy krótki, co oznaczało zniecierpliwienie dzwoniącego.
Zbiegając po schodach usłyszałam mamę mówiącą bym w końcu sprawdziła kto to.
Diana nie czekała na zaproszenie, wyminęła mnie w drzwiach i od razu ruszyła do mojego pokoju.
- Proszę bardzo, wchodź nie krępuj się.
- Po tylu latach darowałabyś sobie te uprzejmości. - Chyba nie wyczuła mojego sarkazmu.
- Wychodzisz tak? - Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, a jej grymas sprawił, że zrobiłam to samo. Stare dresy i rozciągnięty podkoszulek... No nie jest zbyt dobrze...
- Nie podoba ci się? Jest sobota, nie zamierzam się dla ciebie stroić, ani nigdzie wychodzić.
- Wyjeżdżamy pojutrze...
- No i co? - Dalej nie rozumiałam, o co jej chodzi.
- Przede mną nie musisz udawać głupka...
Posłałam jej wrogie spojrzenie.
- Przecież wiem, że nie masz nawet stroju kąpielowego... Więc idziemy na zakupy. - Przeciągnęła ostatni wyraz.
Nie to, że nie lubię zakupów, ale jeśli nie masz kasy...
- Diana, nie mam ochoty na żadne wyjście, a poza tym to ostatnie kieszonkowe wydałam na pizze w tamtym tygodniu.
- To jest akurat najmniejszy problem. - Jej uśmiech mówił, że coś już wymyśliła. - Idź się przebierz, a ja zaraz do ciebie przyjdę.
- Ale... - Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Diana popchnęła mnie w stronę schodów. Chcąc nie chcąc musiałam jej ulec.
Otworzyłam szafę w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym na siebie włożyć. Dziś znów słońce nie robiło sobie przerwy i temperatura przekraczała 30°C. Diana miała na sobie zwiewną sukienkę w kwiatki, ale ja nie jestem tego typu dziewczyną. Wybrałam krótkie jeansowe spodenki i białą bluzkę na ramiączka. Na nogi założyłam moje ulubione czarne vansy. Diana weszła do mojego pokoju gdy akurat wiązałam drugiego buta.
- Gotowe - zaświergotała. Zanim zdążyłam zapytać, w drzwiach pojawiła się moja mama.
- Katie skarbie, czemu sama nie przyszłaś? Oczywiście, że dostaniesz ode mnie trochę pieniędzy. Diana zapewniła mnie, że nie będziecie szaleć. - Posłała mojej przyjaciółce szeroki uśmiech. Wspominałam już, że Diana jest dla mojej mamy największym autorytetem? - Na razie nie mogę dać ci więcej. - Wyciągnęła z portfela kilka banknotów o nominałach, które sprawiły, że szeroko otworzyłam usta.
- Dzi... Dziękuję mamo - zająknęłam się. - Ale...
- Żadne ale. Skończyłaś liceum - z czego jestem bardzo zadowolona zważywszy na twoje podejście do ocen, dostałaś się na studia, a poza tym nie sprawiasz problemów, a ja wygrałam tę dużą sprawę i powiedzmy, że to taka mała nagroda, plus część prezentu urodzinowego.
- Kocham cię mamo. - Mocno ją uściskałam.
- Nie ma za co. Bawcie się dobrze dziewczynki. Wracam do pracy. - Ostatni raz uśmiechnęła się do nas i wyszła z pokoju.
Jeszcze przez chwilę wpatrywałam w trzymane przeze mnie pieniądze. Nie powiem, że czegoś mi kiedykolwiek brakowało - mama jest prawnikiem, najlepszym w mieście swoją drogą, ale nigdy nie dała mi aż tak wielkiej sumy...
- Idziemy? - zapytała Diana.
- Jak zdołałaś oderwać ją od pracy? - Byłam naprawdę ciekawa.
- No wiesz... Ma się ten urok osobisty i dar przekonywania - zaśmiała się.
Wzięłam torebkę leżącą obok biurka, włożyłam do niej telefon i pieniądze.
- No to zaszalejemy...
W centrum handlowym, jak zawsze w sobotę, panował niezwykły tłok. Przystanęłam zaraz za drzwiami obrotowymi, bojąc się wejść w morze ludzi przede mną.
- Katy, idziemy. Na co czekasz? - Diana pociągnęła mnie za rękę.
Zaproponowałam, żebyśmy najpierw poszły coś zjeść, ale spotkałam się z odmową.
Dałam się wciągnąć w wir zakupów, a radosny nastrój Diany przeszedł też na mnie. Po 3 godzinach kompletnie wykończona zakomunikowałam przyjaciółce, że na dalsze zakupy nie mam już siły.
Poszłyśmy do naszej ulubionej kawiarni znajdującej się na samej górze galerii. Zamówiłyśmy sobie po shake'u i ciastku i usiadłyśmy przy małym okrągłym stoliku. Czekając na zamówienie, przejrzałam moje zakupy. Dzięki hojności mojej mamy, moja szafa wzbogaciła się o 2 pary kolorowych szortów, 3 podkoszulki ze śmiesznymi nadrukami, błękitną bluzę, koszulę w czarno-granatową kratkę i zwiewną, różową sukienkę( to kompletnie nie mój styl, ale Diana stwierdziła, że wyglądam w niej prześlicznie i grzechem byłoby jej nie kupić).
- Ta sukienka jest boska - odezwała się Diana.
- Jak chcesz mogę ci ją oddać - zaproponowałam.
- Chyba żartujesz. Nie wyglądałabym w niej tak dobrze, jak ty. Twoja jasna cera i blond włosy idealnie współgrają z jej kolorem. Zawsze twierdziłam, że łososiowy to twój kolor.
- Z pewnością... - Nie lubię różowego w żadnej postaci...
Dokładnie, gdy skończyłam to mówić, do naszego stolika podeszła kelnerka. Postawiła przed nami dwa talerzyki z przepysznie pachnącymi kawałkami ciasta i dwa shake'i. Życzyła nam smacznego i podeszła do stolika obok. Mój wzrok mimowolnie powędrował za nią i spoczął na siedzącej obok nas parze. On trzymał dłoń na jej dłoni, a ona posyłała mu pełne uwielbienia spojrzenia. Mój żołądek boleśnie się zacisnął. Na samo wspomnienie chwil spędzonych z Maxem poczułam jak spada na mnie kurtyna smutku. Bo przecież nie zawsze było źle. Szczerze, aż do wczoraj było dobrze, za dobrze. I może właśnie dlatego powinnam była się domyśleć? Ale która zakochana osoba podejrzewa, że jej ukochany ją oszukuje?
Diana podchwyciła moje spojrzenie.
- No chyba nie myślisz teraz o tym dupku?
Nie odezwałam się.
- Kate! Nie zmuszaj mnie, żebym użyła siły fizycznej. Myślałam, że już o nim zapomniałaś!
Gdyby to było takie proste...
- On nie jest wart nawet chwili twojej uwagi, a już napewno nie popsuje nam zakupów!
- Myślałam, że już skończyłyśmy...
- No chyba żartujesz... Dopiero się rozkręcamy.
- Diana. Naprawdę nie mam już siły. Kupiłam wszystko, czego mi potrzeba i jeszcze więcej. Możemy wracać już do domu? - Zrobiłam minę proszącego pieska.
Dziewczyna zamyśliła się na chwilę, po czym zrobiła taką minę, że w duchu zaczynałam cieszyć się, że uległa.
- No dob... - przerwała w ostatnim momencie i stuknęła się otwartą dłonią w czoło. - Zapomniałyśmy o najważniejszym! Jedz szybko. Musimy ci coś jeszcze kupić... - Zobaczywszy błysk w jej oczach z rezygnacją opuściłam głowę na stolik zaniechając jakimkolwiek dalszym próbom negocjacji.
- Wyjeżdżamy już w poniedziałek...
- Yhm - mruknęła nie podnosząc wzroku znad pracy, którą właśnie czytała.
- Rodzice Diany z nami nie jadą. - Przytaknęła tylko głową.
- Potrzebuję trochę pieniędzy...
- Tak, tak, kochanie.
- Czyli mogę liczyć na ekstra kieszonkowe? - Nie podniosła oczu znad ekranu komputera.
-Mamo? - I nic.
- Mamo!- Jakim cudem zdołała aż tak się wyłączyć? Wiem, że pracuje i nie powinnam jej przeszkadzać, ale wyjazd zbliża się wielkimi krokami, a ona nie raczy nawet na mnie spojrzeć...
- Jestem w ciąży z nauczycielem od wfu i uciekam z nim do Kalifornii.
- Yhm...
Wiedziałam że w tym momencie nic nie ugram, więc po prostu wyszłam z jej biura. Skierowałam się na górę. Rzuciłam się na łóżko w moim pokoju i sięgnęłam po telefon.
5 nieodebranych połączeń od Diany... Ups. Zrobi mi awanturę...
Wolałam do niej oddzwonić, zanim naprawdę wpadnie w szał.
Odebrała już po pierwszym sygnale.
- Ty jesteś jakaś nienormalna?! Ile można do ciebie dzwonić?! Po co ci w ogóle ta twoja wypasiona komóreczka, jak nie da się nawet z tobą skontaktować?! - wyrzucała z sb zdania z prędkością światła. Wolałam jej nie przerywać.
- Idiotka- zakończyła swoją wypowiedź. - Jesteś już spakowana? - zapytała rozpromienionym głosem. Tak, bardzo szybko jej przechodzi.
- Tak, właśnie próbuję domknąć walizkę... - powiedziałam i rozejrzałam się po pokju, próbując przypomnieć sobie gdzie moja torba podróżna może być.
- Nie umiesz kłamać, wiesz? Nawet nie znalazłaś torby... A tak w ogóle to leżąc na łóżku będzie trudno...
- Skąd ty... - Poderwałam się do góry.
- Znamy się już za długo, a poza tym to właśnie się wydałaś - zaśmiała się w słuchawkę.
- Bardzo śmieszne pani wszystko wiedząca chodząca encyklopedia - odgryzłam się.
- A tak w ogóle to złaź na dół i otwórz mi drzwi.
- Że co? - odpowiedziałam, ale Diana już tego nie usłyszała, bo zdążyła się rozłączyć.
Zastanawiałam się, czy to było na serio, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi - najpierw przeciągły, a potem kilka razy krótki, co oznaczało zniecierpliwienie dzwoniącego.
Zbiegając po schodach usłyszałam mamę mówiącą bym w końcu sprawdziła kto to.
Diana nie czekała na zaproszenie, wyminęła mnie w drzwiach i od razu ruszyła do mojego pokoju.
- Proszę bardzo, wchodź nie krępuj się.
- Po tylu latach darowałabyś sobie te uprzejmości. - Chyba nie wyczuła mojego sarkazmu.
- Wychodzisz tak? - Zmierzyła mnie wzrokiem od góry do dołu, a jej grymas sprawił, że zrobiłam to samo. Stare dresy i rozciągnięty podkoszulek... No nie jest zbyt dobrze...
- Nie podoba ci się? Jest sobota, nie zamierzam się dla ciebie stroić, ani nigdzie wychodzić.
- Wyjeżdżamy pojutrze...
- No i co? - Dalej nie rozumiałam, o co jej chodzi.
- Przede mną nie musisz udawać głupka...
Posłałam jej wrogie spojrzenie.
- Przecież wiem, że nie masz nawet stroju kąpielowego... Więc idziemy na zakupy. - Przeciągnęła ostatni wyraz.
Nie to, że nie lubię zakupów, ale jeśli nie masz kasy...
- Diana, nie mam ochoty na żadne wyjście, a poza tym to ostatnie kieszonkowe wydałam na pizze w tamtym tygodniu.
- To jest akurat najmniejszy problem. - Jej uśmiech mówił, że coś już wymyśliła. - Idź się przebierz, a ja zaraz do ciebie przyjdę.
- Ale... - Nie zdążyłam nic powiedzieć, bo Diana popchnęła mnie w stronę schodów. Chcąc nie chcąc musiałam jej ulec.
Otworzyłam szafę w poszukiwaniu czegoś, co mogłabym na siebie włożyć. Dziś znów słońce nie robiło sobie przerwy i temperatura przekraczała 30°C. Diana miała na sobie zwiewną sukienkę w kwiatki, ale ja nie jestem tego typu dziewczyną. Wybrałam krótkie jeansowe spodenki i białą bluzkę na ramiączka. Na nogi założyłam moje ulubione czarne vansy. Diana weszła do mojego pokoju gdy akurat wiązałam drugiego buta.
- Gotowe - zaświergotała. Zanim zdążyłam zapytać, w drzwiach pojawiła się moja mama.
- Katie skarbie, czemu sama nie przyszłaś? Oczywiście, że dostaniesz ode mnie trochę pieniędzy. Diana zapewniła mnie, że nie będziecie szaleć. - Posłała mojej przyjaciółce szeroki uśmiech. Wspominałam już, że Diana jest dla mojej mamy największym autorytetem? - Na razie nie mogę dać ci więcej. - Wyciągnęła z portfela kilka banknotów o nominałach, które sprawiły, że szeroko otworzyłam usta.
- Dzi... Dziękuję mamo - zająknęłam się. - Ale...
- Żadne ale. Skończyłaś liceum - z czego jestem bardzo zadowolona zważywszy na twoje podejście do ocen, dostałaś się na studia, a poza tym nie sprawiasz problemów, a ja wygrałam tę dużą sprawę i powiedzmy, że to taka mała nagroda, plus część prezentu urodzinowego.
- Kocham cię mamo. - Mocno ją uściskałam.
- Nie ma za co. Bawcie się dobrze dziewczynki. Wracam do pracy. - Ostatni raz uśmiechnęła się do nas i wyszła z pokoju.
Jeszcze przez chwilę wpatrywałam w trzymane przeze mnie pieniądze. Nie powiem, że czegoś mi kiedykolwiek brakowało - mama jest prawnikiem, najlepszym w mieście swoją drogą, ale nigdy nie dała mi aż tak wielkiej sumy...
- Idziemy? - zapytała Diana.
- Jak zdołałaś oderwać ją od pracy? - Byłam naprawdę ciekawa.
- No wiesz... Ma się ten urok osobisty i dar przekonywania - zaśmiała się.
Wzięłam torebkę leżącą obok biurka, włożyłam do niej telefon i pieniądze.
- No to zaszalejemy...
W centrum handlowym, jak zawsze w sobotę, panował niezwykły tłok. Przystanęłam zaraz za drzwiami obrotowymi, bojąc się wejść w morze ludzi przede mną.
- Katy, idziemy. Na co czekasz? - Diana pociągnęła mnie za rękę.
Zaproponowałam, żebyśmy najpierw poszły coś zjeść, ale spotkałam się z odmową.
Dałam się wciągnąć w wir zakupów, a radosny nastrój Diany przeszedł też na mnie. Po 3 godzinach kompletnie wykończona zakomunikowałam przyjaciółce, że na dalsze zakupy nie mam już siły.
Poszłyśmy do naszej ulubionej kawiarni znajdującej się na samej górze galerii. Zamówiłyśmy sobie po shake'u i ciastku i usiadłyśmy przy małym okrągłym stoliku. Czekając na zamówienie, przejrzałam moje zakupy. Dzięki hojności mojej mamy, moja szafa wzbogaciła się o 2 pary kolorowych szortów, 3 podkoszulki ze śmiesznymi nadrukami, błękitną bluzę, koszulę w czarno-granatową kratkę i zwiewną, różową sukienkę( to kompletnie nie mój styl, ale Diana stwierdziła, że wyglądam w niej prześlicznie i grzechem byłoby jej nie kupić).
- Ta sukienka jest boska - odezwała się Diana.
- Jak chcesz mogę ci ją oddać - zaproponowałam.
- Chyba żartujesz. Nie wyglądałabym w niej tak dobrze, jak ty. Twoja jasna cera i blond włosy idealnie współgrają z jej kolorem. Zawsze twierdziłam, że łososiowy to twój kolor.
- Z pewnością... - Nie lubię różowego w żadnej postaci...
Dokładnie, gdy skończyłam to mówić, do naszego stolika podeszła kelnerka. Postawiła przed nami dwa talerzyki z przepysznie pachnącymi kawałkami ciasta i dwa shake'i. Życzyła nam smacznego i podeszła do stolika obok. Mój wzrok mimowolnie powędrował za nią i spoczął na siedzącej obok nas parze. On trzymał dłoń na jej dłoni, a ona posyłała mu pełne uwielbienia spojrzenia. Mój żołądek boleśnie się zacisnął. Na samo wspomnienie chwil spędzonych z Maxem poczułam jak spada na mnie kurtyna smutku. Bo przecież nie zawsze było źle. Szczerze, aż do wczoraj było dobrze, za dobrze. I może właśnie dlatego powinnam była się domyśleć? Ale która zakochana osoba podejrzewa, że jej ukochany ją oszukuje?
Diana podchwyciła moje spojrzenie.
- No chyba nie myślisz teraz o tym dupku?
Nie odezwałam się.
- Kate! Nie zmuszaj mnie, żebym użyła siły fizycznej. Myślałam, że już o nim zapomniałaś!
Gdyby to było takie proste...
- On nie jest wart nawet chwili twojej uwagi, a już napewno nie popsuje nam zakupów!
- Myślałam, że już skończyłyśmy...
- No chyba żartujesz... Dopiero się rozkręcamy.
- Diana. Naprawdę nie mam już siły. Kupiłam wszystko, czego mi potrzeba i jeszcze więcej. Możemy wracać już do domu? - Zrobiłam minę proszącego pieska.
Dziewczyna zamyśliła się na chwilę, po czym zrobiła taką minę, że w duchu zaczynałam cieszyć się, że uległa.
- No dob... - przerwała w ostatnim momencie i stuknęła się otwartą dłonią w czoło. - Zapomniałyśmy o najważniejszym! Jedz szybko. Musimy ci coś jeszcze kupić... - Zobaczywszy błysk w jej oczach z rezygnacją opuściłam głowę na stolik zaniechając jakimkolwiek dalszym próbom negocjacji.
***
- Chyba sobie
kpisz... - Popatrzyłam na Dianę wrogim wzrokiem. - W życiu tego nie
założę. Udało ci się namówić mnie na tę cholerną sukienkę, ale o tym
nawet nie marz!
Dziewczyna nawet nie drgnęła trzymając w wyciągniętej przede mną ręcę bikini, które kłamstwem byłoby nazwać skromne. Nie to, że jestem jakaś gruba, czy zakompleksiona, ale ono nie zakrywało prawie nic! Wstyd byłoby mi stanąć w czymś takim przed lusterkiem, a co dopiero opalać się na plaży.
- Wynajęłaś domek na plaży nudystów? Trzeba było mówić tak od razu. Nigdzie nie jadę! - Uparcie stałam przy swoim.
- Czemu nie chcesz go nawet przymierzyć? Z twoją figurą mogłabym nawet opalać się nago!
- Bo ty nie masz za grosz wstydu! Rozpustnico. - Zaśmiałyśmy się obie. Już wiedziałyśmy, że się nie dogadamy. Jesteśmy zbyt uparte...
- Poszukaj czegoś dla siebie, ja poszukam czegoś dla siebie. Wróć tutaj za 5 minut, okey? - zaproponowałam.
- Niech będzie - przytaknęła. - Chociaż dalej twierdzę, że w niczym nie będziesz wyglądać lepiej - dodała zanim zniknęła za wieszakiem z japonkami.
Rozejrzałam się po części sklepu, w której zostałam. Za plecami miałam przymierzalnie, a zewsząd otaczały mnie wieszaki z wszelkiego rodzaju strojami kąpielowymi. Różnorodność kolorów, krojów i wzorów raziła w oczy. Spojrzałam na stojącą nieopodal pufę, na której leżała moja torebka i nieszczęsne bikini. Wyjęłam telefon by sprawdzić godzinę. Dochodziła czwarta. Nie wierzę, że wytrzymałam na zakupach tyle czasu...
Od niechcenia zaczęłam przesuwać wieszaki ze strojami, gdy usłyszałam za sobą Dianę.
- Wybrałaś coś? - W jednej ręce trzymała jakieś buty, chyba sandałki, a przez drugą przewieszone miała jakieś ciuchy. Jakim cudem zdążyła znaleźć dla siebie tyle rzeczy w tak krótkim czasie?
- Yyy... No tak! - Chwyciłam pierwszy lepszy wieszak i udałam się w stronę przymierzalni. - Poczekaj chwilę, powiesz mi co o tym sądzisz.
Na twarzy przyjaciółki zagościł entuzjastyczny uśmiech. Ruchem ręki popędziła mnie, a sama usiadła na pufie obok mojej torebki.
Zamknęłam za sobą drzwiczki i popatrzyłam na znajdujący się w mojej ręce strój. Szybko odmówiłam modlitwę, licząc, że nie trafiłam na nic gorszego niż propozycja Diany. Chyba czuwał nade mną mój anioł stróż, bo strój okazał się dwuczęściowym, błękitnym bikini. W duchu podziękowałam losowi i zaczęłam się w nie wciskać. Po kilku nieudanych próbach zapięcia stanika bez ramiączek z naprawdę durnym zamkiem, z ulgą spojrzałam w lustro. Strój zakrywał dokładnie tyle ciała ile trzeba, podkreślając moje atuty, którymi bez wątpienia były długie nogi i płaski brzuch. Równocześnie trafiłam na krój stanika, który optycznie powiększa biust- plus dla mnie. Ostatni raz rzuciłam na siebie okiem i zdecydowałam, że mogę pokazać się Dianie.
Ostentacyjnie otworzyłam drzwiczki przymierzalni i zrobiłam krok do przodu.
- I jak wyglądam? - powiedziałam do osoby stojącej przede mną, która, ku mojemu przerażeniu, okazała się nie być Dianą.
- No powiem ci, że powinnaś się tak nosić dużo częściej - odpowiedział wyjątkowo niskim, nawet jak na niego, głosem.
Byłam tak zaskoczona, że nie zrobiłam kompletnie nic, choć każda dziewczyna o zdrowych zmysłach, zobaczywszy przed sobą Louisa Tomlinsona w przeciągu sekundy schowałaby się z powrotem do przymierzalni. Ale ja zamiast tego stałam przed nim, prawie naga z rozdziawioną ze zdziwienia buzią i szeroko otwartymi oczami.
- To był komplement złotko, wyglądasz nieziemsko. - Zrobił krok w moją stronę. Dopiero wtedy po moich żyłach zaczęła krążyć adrenalina, a ja odzyskałam władzę nad ciałem. Natychmiast wycofałam się do przymierzalni i oparłam plecy o zimną ścinę. Serce biło mi w zawrotnym tempie i nie wiem czy powodem tego było zdenerwowanie, czy intensywność spojrzenia, jakim się we mnie wpatrywał.
Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu, drzwi przymierzalni otworzyły się wpuszczając do środka bruneta. W myślach obdarowałam się kilkoma niecenzuralnymi przymiotnikami, za nie zasunięcie zasuwki.
Zanim zdążyłam wypchnąć Louisa za drzwi, przysunął się do mnie na niebezpiecznie bliską odległość. Przyparł mnie do ściany i oparł dłonie po obu stronach mojej głowy.
Jedyne, o czym mogłam w tamtej chwili myśleć, to milimetry dzielące nasze usta i moja nagość.
Bałam się go. Byłam zamknięta w przymierzalni, ubrana tylko w strój kąpielowy, a do ściany przypierał mnie chłopak, którego reputacja nie wróżyła nic dobrego.
Lecz bardziej przerażało mnie to, że wcale nie czułam się źle z jego bliskością. Działała na mnie kojąco i właśnie to zmroziło mi krew w żyłach.
Przebiegły uśmiech na jego twarzy pokazał mi tylko, że jest zadowolony z tego jak reaguję. Choć powinnam już dawno go od siebie odepchnąć, nie mogłam zrobić nawet najmniejszego ruchu.
Chłopak z każdą sekundą przybliżał swoje usta do moich. Gdy byłam już pewna, że mnie pocałuje i zamknęłam oczy, odwrócił twarz i wyszeptał mi do ucha:
- Jednak w tym wyglądałabyś lepiej.
Wręczył mi wieszak z bikini, na które uparła się Diana i wyszedł. Tak po prostu. Zostawiając mnie samą sobie z moim galopującym sercem...
Gdy w końcu wyszłam z przymierzalni, nie zastałam już chłopaka. Znalazła się natomiast moja niezawodna przyjaciółka. Podniosła wzrok znad telefonu i zapytała:
- No gdzie ten strój? - Zdążyłam się już przebrać.
- A gdzie byłaś 10 minut temu?
- Postanowiłam zapłacić za tamte ciuchy, zanim się rozmyślę. - Uśmiechnęła się od ucha do ucha, jakby nigdy nic.
Dłonie nadal mi się trzęsły i w umyśle toczyłam ze sobą walkę. Powiedzieć o tym co przed chwilą zaszło Dianie? Była moją przyjaciółką od zawsze i nie chciałam czegokolwiek przed nią zatajać. Ale z drugiej strony, musiałabym przyznać się, jak Louis na mnie działał, a na to nie miałam najmniejszej ochoty. Dlatego z wymuszonym uśmiechem pokazałam przyjaciółce strój trzymany w dłoni.
- Kupuję. Zadowolona?
- Błękitny! - Klasnęła w dłonie. - To definitywnie twój kolor.
- A ja myślałam, że łososiowy.
W odpowiedzi tylko się zaśmiała i pokręciła głową.
Podniosłam torebkę z pufy w poszukiwaniu mojego telefonu, który wcześniej tam rzuciłam. Serce na chwilę mi stanęło, gdy nie zobaczyłam go tam. Z prędkością światła przeszukałam torebkę i ku mojej ogromnej uciesze, znalazłam w niej mojego iPhona. Jednak musiało mi się coś pomylić... A mogłabym przysiąc, że go tam nie wkładałam.
Skierowałyśmy się do kasy, by zapłacić za mój strój, a ja nie mogłam się powstrzymać przed rozejrzeniem się po całym sklepie w poszukiwaniu brąz czupryny. Nie wiem, czemu sądziłam, że jeszcze tam będzie...
Dziewczyna nawet nie drgnęła trzymając w wyciągniętej przede mną ręcę bikini, które kłamstwem byłoby nazwać skromne. Nie to, że jestem jakaś gruba, czy zakompleksiona, ale ono nie zakrywało prawie nic! Wstyd byłoby mi stanąć w czymś takim przed lusterkiem, a co dopiero opalać się na plaży.
- Wynajęłaś domek na plaży nudystów? Trzeba było mówić tak od razu. Nigdzie nie jadę! - Uparcie stałam przy swoim.
- Czemu nie chcesz go nawet przymierzyć? Z twoją figurą mogłabym nawet opalać się nago!
- Bo ty nie masz za grosz wstydu! Rozpustnico. - Zaśmiałyśmy się obie. Już wiedziałyśmy, że się nie dogadamy. Jesteśmy zbyt uparte...
- Poszukaj czegoś dla siebie, ja poszukam czegoś dla siebie. Wróć tutaj za 5 minut, okey? - zaproponowałam.
- Niech będzie - przytaknęła. - Chociaż dalej twierdzę, że w niczym nie będziesz wyglądać lepiej - dodała zanim zniknęła za wieszakiem z japonkami.
Rozejrzałam się po części sklepu, w której zostałam. Za plecami miałam przymierzalnie, a zewsząd otaczały mnie wieszaki z wszelkiego rodzaju strojami kąpielowymi. Różnorodność kolorów, krojów i wzorów raziła w oczy. Spojrzałam na stojącą nieopodal pufę, na której leżała moja torebka i nieszczęsne bikini. Wyjęłam telefon by sprawdzić godzinę. Dochodziła czwarta. Nie wierzę, że wytrzymałam na zakupach tyle czasu...
Od niechcenia zaczęłam przesuwać wieszaki ze strojami, gdy usłyszałam za sobą Dianę.
- Wybrałaś coś? - W jednej ręce trzymała jakieś buty, chyba sandałki, a przez drugą przewieszone miała jakieś ciuchy. Jakim cudem zdążyła znaleźć dla siebie tyle rzeczy w tak krótkim czasie?
- Yyy... No tak! - Chwyciłam pierwszy lepszy wieszak i udałam się w stronę przymierzalni. - Poczekaj chwilę, powiesz mi co o tym sądzisz.
Na twarzy przyjaciółki zagościł entuzjastyczny uśmiech. Ruchem ręki popędziła mnie, a sama usiadła na pufie obok mojej torebki.
Zamknęłam za sobą drzwiczki i popatrzyłam na znajdujący się w mojej ręce strój. Szybko odmówiłam modlitwę, licząc, że nie trafiłam na nic gorszego niż propozycja Diany. Chyba czuwał nade mną mój anioł stróż, bo strój okazał się dwuczęściowym, błękitnym bikini. W duchu podziękowałam losowi i zaczęłam się w nie wciskać. Po kilku nieudanych próbach zapięcia stanika bez ramiączek z naprawdę durnym zamkiem, z ulgą spojrzałam w lustro. Strój zakrywał dokładnie tyle ciała ile trzeba, podkreślając moje atuty, którymi bez wątpienia były długie nogi i płaski brzuch. Równocześnie trafiłam na krój stanika, który optycznie powiększa biust- plus dla mnie. Ostatni raz rzuciłam na siebie okiem i zdecydowałam, że mogę pokazać się Dianie.
Ostentacyjnie otworzyłam drzwiczki przymierzalni i zrobiłam krok do przodu.
- I jak wyglądam? - powiedziałam do osoby stojącej przede mną, która, ku mojemu przerażeniu, okazała się nie być Dianą.
- No powiem ci, że powinnaś się tak nosić dużo częściej - odpowiedział wyjątkowo niskim, nawet jak na niego, głosem.
Byłam tak zaskoczona, że nie zrobiłam kompletnie nic, choć każda dziewczyna o zdrowych zmysłach, zobaczywszy przed sobą Louisa Tomlinsona w przeciągu sekundy schowałaby się z powrotem do przymierzalni. Ale ja zamiast tego stałam przed nim, prawie naga z rozdziawioną ze zdziwienia buzią i szeroko otwartymi oczami.
- To był komplement złotko, wyglądasz nieziemsko. - Zrobił krok w moją stronę. Dopiero wtedy po moich żyłach zaczęła krążyć adrenalina, a ja odzyskałam władzę nad ciałem. Natychmiast wycofałam się do przymierzalni i oparłam plecy o zimną ścinę. Serce biło mi w zawrotnym tempie i nie wiem czy powodem tego było zdenerwowanie, czy intensywność spojrzenia, jakim się we mnie wpatrywał.
Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu, drzwi przymierzalni otworzyły się wpuszczając do środka bruneta. W myślach obdarowałam się kilkoma niecenzuralnymi przymiotnikami, za nie zasunięcie zasuwki.
Zanim zdążyłam wypchnąć Louisa za drzwi, przysunął się do mnie na niebezpiecznie bliską odległość. Przyparł mnie do ściany i oparł dłonie po obu stronach mojej głowy.
Jedyne, o czym mogłam w tamtej chwili myśleć, to milimetry dzielące nasze usta i moja nagość.
Bałam się go. Byłam zamknięta w przymierzalni, ubrana tylko w strój kąpielowy, a do ściany przypierał mnie chłopak, którego reputacja nie wróżyła nic dobrego.
Lecz bardziej przerażało mnie to, że wcale nie czułam się źle z jego bliskością. Działała na mnie kojąco i właśnie to zmroziło mi krew w żyłach.
Przebiegły uśmiech na jego twarzy pokazał mi tylko, że jest zadowolony z tego jak reaguję. Choć powinnam już dawno go od siebie odepchnąć, nie mogłam zrobić nawet najmniejszego ruchu.
Chłopak z każdą sekundą przybliżał swoje usta do moich. Gdy byłam już pewna, że mnie pocałuje i zamknęłam oczy, odwrócił twarz i wyszeptał mi do ucha:
- Jednak w tym wyglądałabyś lepiej.
Wręczył mi wieszak z bikini, na które uparła się Diana i wyszedł. Tak po prostu. Zostawiając mnie samą sobie z moim galopującym sercem...
Gdy w końcu wyszłam z przymierzalni, nie zastałam już chłopaka. Znalazła się natomiast moja niezawodna przyjaciółka. Podniosła wzrok znad telefonu i zapytała:
- No gdzie ten strój? - Zdążyłam się już przebrać.
- A gdzie byłaś 10 minut temu?
- Postanowiłam zapłacić za tamte ciuchy, zanim się rozmyślę. - Uśmiechnęła się od ucha do ucha, jakby nigdy nic.
Dłonie nadal mi się trzęsły i w umyśle toczyłam ze sobą walkę. Powiedzieć o tym co przed chwilą zaszło Dianie? Była moją przyjaciółką od zawsze i nie chciałam czegokolwiek przed nią zatajać. Ale z drugiej strony, musiałabym przyznać się, jak Louis na mnie działał, a na to nie miałam najmniejszej ochoty. Dlatego z wymuszonym uśmiechem pokazałam przyjaciółce strój trzymany w dłoni.
- Kupuję. Zadowolona?
- Błękitny! - Klasnęła w dłonie. - To definitywnie twój kolor.
- A ja myślałam, że łososiowy.
W odpowiedzi tylko się zaśmiała i pokręciła głową.
Podniosłam torebkę z pufy w poszukiwaniu mojego telefonu, który wcześniej tam rzuciłam. Serce na chwilę mi stanęło, gdy nie zobaczyłam go tam. Z prędkością światła przeszukałam torebkę i ku mojej ogromnej uciesze, znalazłam w niej mojego iPhona. Jednak musiało mi się coś pomylić... A mogłabym przysiąc, że go tam nie wkładałam.
Skierowałyśmy się do kasy, by zapłacić za mój strój, a ja nie mogłam się powstrzymać przed rozejrzeniem się po całym sklepie w poszukiwaniu brąz czupryny. Nie wiem, czemu sądziłam, że jeszcze tam będzie...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz